Opowiadania » Tajemnica Psychiatryka cz. 1/4

Rozdział I

- Nienawidzę zimnej kawy - mruknął do siebie przeglądając papiery zmarłych topielców. W prawej ręce trzymał owy kubek pełen zimnej kofeiny, a w lewej ostatnią strone akt zmarłego fotografa, kiedy zrozumiał iż w aktach nie było napisane nic o rodzinie zmarłego. - Takie przypadki braku danych o denatach, w londyńskiej policji nie mogą mieć miejsca - pomyślał i jeszcze raz przekartkował akta. I tym razem nic nie znalazł, prócz wpisu który wyraźnie mówił że brat denata siedzi w szpitalu dla umysłowo chorych. Został tam zamknięty za samobójcze myśli i rozległą paranoje. Detektyw przeciągnął się na krześle i sięgnął po następne papiery, a była godzina 15.43 w południe. Gdy obejrzał wszystkie akta topielców, poczuł że wzmaga się w nim pewne nieokreślone uczucie ludzkiej bezradności i pewien strach. Okazało się bowiem że wszyscy denaci nie mieli w aktach opisu rodzin, tylko wzmianka o chorym psychicznie bracie, a co najgorsze wszystko wskazywało na to że mowa jest o tym JEDNYM człowieku zamkniętym w pokoju nr.136.
- Jakim cudem trzej tak różni ludzie, nie mówiąc  już o trzech różnych nazwiskach, mogą mieć wspólnego brata ? - zastanowiwszy się szybko zadzwonił do swego asystenta. -Halo, tu Jons z kim… -  To ja Moor, bierz aparat i przyjeżdżaj do mnie samochodem, jak najszybciej - Tak jest już jade -Gdy detektyw chciał już odłożyć słuchawkę usłyszał jeszcze jeden dziwny głos pomiędzy szumem zajętej lini. Jakby ktoś mówił do niego, samemu mając zanurzoną głowę w wannie, - Tashrum Braaasu, nira daturi - te słowa nie skończyły płynąć puki Moor nie odłożył słuchawki…
Ktoś szedł korytarzem…

Detektyw powoli poprawił krawat oraz szybko zwiną akta na jedną kupe, i wlepiwszy wzrok w drzwi oczekiwał gościa. Kroki w pewnym momencie zaczynały brzmieć tak samo, jakby ktoś szedł w miejscu. Po kilku minutach detektyw nie wytrzymał i wyjąwszy z szuflady swój rewolwer podszedł do drzwi i z niesamowitą szybkością otworzył je, wycelowywując prosto w nadchodzacego Jonsona - Co Pan robi, prosze nie strzelać !! - asystent podniósł odruchowo ręce i z strachem na tworzy stał jak zamurowany.- Ile zajeło ci przyjechanie tutaj, licząc od momentu końca naszej rozmowy ? -Moor nadal miał wycelowany rewolwer w asystenta. - Bo ja wiem jakieś kilka minut Detektywie, przecież Pan wie że mieszkam dość blisko od pana gabinetu - Jonson nie przestawał trzymać rąk w powietrzu. Po chwili wahania  Moor  odłożył  rewolwer i  wziąwszy płaszcz z gabinetu, szybko wyszedł na zewnątrz mówiąc - Przestań udawać jeńca i rusz się, jedziemy do Psychiatryka - asysten odetchnął w ulgą i pobiegł za detektywem.
Było coś koło godziny 18 kiedy oboje dojechali do szarych bram szpitala dla umysłowo chorych. Strażnik wpuścił ich gdy detektyw wspomniał coś o swoim bracie i odwiedzinach. I w ten sposób znaleźli się na dziedzińcu tego ponurego budynku. Już teraz siedząc w samochodzie słyszeli jakieś krzyki z północnego skrzydła, a niebo zapełniło się czarnymi chmurami.- Bedzie burza - odkrywczo stwierdził Jonson, a detektyw nic nie mówiąc wyszedł z samochodu, zapalił papieros i powolnym krokiem wszedł do budynku. Przed zakratowanymi drzwiami oboje stali jakąś chwile, dopóki z mroku słabo oświetlonych korytarzy nie wyłonił się kolejny strażnik i otworzył je. - Prawie jak w więzieniu - asystent spróbował rozluźnić atmosfere tego ponurego miejsca, a strażnik tylko popatrzywszy się na niego odpowiedział - gorzej, znacznie gorzej - i tak znaleźli się w korytarzach tego “nawiedzonego” miejsca, gdzie krzyki i wrzaski rozciągały się do granic wytrzymałości ludzkiego gardła. Moor zauważył że cały szpitalny personel składał się z ludzi którzy przychodząc do domu nie idą spać, lecz siadając na fotelu przed oknem i patrzą się na okna sąsiadów.
Gdy doszli do recepcji, basowy głos dziadka za biurkiem oznajmi - Do kogo ? Po co ? i na jak długo ? - Przyszliśmy do Darneya Dursta, mojego brata - detektyw nieznacznie się uśmiechnął i podpisawszy świstek podsunięty przez recepcjonistę dopowiedział - nie zajmie nam to długo, tylko po prostu chce z nim chwile porozmawiać, jak brat z bratem - dziadek popatrzał się na niego spod łba i powiedział - Nie wydaj mi się żeby był  za bardzo rozmowny… hehehe -  Dziadek wypełniając jakiś formularz zachichotał, a detektyw zapytał - Dlaczego ? słyszałem że jego stan się poprawił - Jeżeli jako po prawe mamy rozumieć ciągłe wrzaski około 3 w nocy i rozmowy ze ścianami z użyciem słów które pierwszy raz słyszę, to można tak powiedzieć - Skończywszy wypełniać formurzał, podany przez recepcjonistę, podszedł do nich strażnik i powiedział znudzonym głosem - Za mną i nie radze iść blisko drzwi pokojów, oni nie lubią nowych zapachów.. he he - Asystent wzdrygnął się i przeżegnał gdy weszli na długi hol gdzie lampy były tak brudne że światło bijące z nich było jedynie troszeczke jaśniejsze do ciemności.

W tym samym czasie, gdzieś w ciemnościach tego samego budynku - Ktoś przyjechał mistrzu, chyba to ten detektyw - Czuje jego niepewność i strach, tak to on. Nie był świadomy co tak na prawdę stało się z naszymi ofiarami, i przyjechał już tutaj tak szybko - jakiś słabszy głos spytał się - Co z nim robimy mistrzu, składamy w… -NIE ! niech szuka i odkrywa, aby potem wiedział że sam się doprowadził do przyszłego stanu - Tak panie - głosy powoli zamieniły się w cichy, huralny śpiew w nieludzkim i dziwnym języku - Naari bartun, Naaari Bartuuunn, Tashrum Braaasu, nira daturi…

- Pierwszy raz widze aby personel psychiatryka, zamykał i zabijał dechami drzwi do pacjenta - zagadnął detektyw i bacznie oglądał osmalone deski - Może ten pokój był objęty kwarantanną ?- spróbował odgadnąć Jons, na to po chwli Moor odpowiedział pytając - Czy ten szpital spłoną ? - asystent z dziwnym wyrazem twarzy popatrzał się do okoła zgliszczy i odpowiedział - nooo tak - detektyw przeleciał palcem po desce i powiedział - dobra, jedziemy do urzędu miasta, musze sprawdzić zapisy związane z tym budynkiem - Jons przytaknął i po chwili już szli w stronę samochodu. W momencie przechodzenia koło drzewa słyszeli jakby urywki melodyjnych słów, jednak nikt z nich się nie zatrzymał gdyż oboje potraktowali to jako wiatr przelatujący między pustymi pokojami szpital. Gdy byli już w samochodzie Jonson odpalając silnik zauważył przez moment nikłe światło w daleko posuniętym oknie, na lewym skrzydle. Chciał już o tym powiadomić detektywa ale światło znikło tak szybko jak się pojawiło, wiec szybko zapomniał o tym zjawisku - No to jedziemy do Ratusza ? - zapytał Jons, detektywa - Tak jedziemy do Ratusza, zastanawia mnie przeszłość tego budynku, a jeszcze bardziej przyczyne dlaczego spłoną. - zastanowił się przez chwile i dodał - oraz to dlaczego nikt go jeszcze nie przejął, ani nie odrestaurował, ANI zburzył - Gdy odjeżdżali detektyw ostatni raz popatrzał się na oddalające się ruiny szpitala, gdzie właśnie w tym momencie stała jakaś postać i machała do niego ręką na pożegnanie.

Korytarz stał pusty, a przez kraty cel wystawały zasuszone ręce ludzie, żebrzące o nadzieje. Przez gęste i parne powietrze przedzierały się zmiennie szlochanie i śmiech, szaleńczy wrzask i stłumione słowa. Widział jak na końcu tego korytarza dziwnie chwiejąc się na boki, kołysze się specyficzny kształt. Jak prąd przez jego umysł przechodziło trzeszczenie naprężonej liny. Stał tak w drzwiach od szpitala przez dobre kilka minut kiedy zauważył że za jego plecami błysną flesz. Odwrócił się szybko za siebie, aby zobaczyć uciekającego Jonsona, wymachującego rękoma i krzyczącego o pomoc. Gdy chciał krzyknąć do uciekiniera poczuł że jego usta są zaszyte, a  lewa ręka trzyma zakrwawioną łyżkę, z której powoli i delikatnie kapie krew. Nim się zorientował że korytarz sam się zaczął zwężać i obiekt staje się bardziej wyrazisty, spojrzał z niepokojem w dół. Pod jego stopami leżało niegdyś atrakcyjne ciało młodej bibliotekarki, której zakrwawione oczodoły zionęły teraz pustką i bólem, samo ciało natomiast było zgięte w olbrzymich konwulsjach. Widok ten o mało nie spowodował paniki w jego już i tak na giętej odwadze, ale poczuł że to nie wszystko co ma dzisiaj zobaczyć. Gdy podniósł wzrok zauważył że dzieli go kilkanaście metrów od dziwnego ciała powieszonego na końcu korytarza. Zaczął powoli i bardzo ostrożnie podchodzić do ciała wyostrzając wzrok do granic możliwości aby rozpoznać denata. Po chwili wiedział że jest to młoda dziewczyna, która właśnie w tym momencie z trupiego bezruchu, wykonała strasznie sprężysty gest ręką, wskazując na drzwi po jej prawej stronie. Wtem usłyszał jak ciało bibliotekarki jest rozrywane na strzępy przez wyciągnięte ręce, w akompaniamencie soczystego mlaskania. Nie miał wystarczająco dużo woli aby się odwrócił więc z lękiem w serce i strachem w gardle, spojrzał na wskazane drzwi.
Były zabite deskami, a za nimi słychac było wrzask palonego człowieka….

-PANIE MOOR !! PANIE MOOOR !! - zlany potem szybko zerwał się z kanapy aby zobaczyć jak Jonson odskakuje do niego w obronnym geście. Nie czuł serca, nie czul swojego oddechu czuł strach i paliły go oczy, zapalił papierosa - A wiec, cco cco co dalej, szefie ? - Asysten zapytał się lekko przestraszony, na to Detektyw - Trzeba zobaczyć co jest za tymi drzwiami - Podszedł do biurka i wyjąwszy pudełko z jakimiś tabletkami, nalał sobie whyski i zapił trzy z nich, wszystko to robiąc z widocznym drżeniem rąk - Ale one były zabite, po co tam wchodzić ? - Był tam pożar ? - No tak, był - Płonęło wszystko wokół ? - Tak i co z tego ? - Widzisz, te deski nie mogły przeżyć wewnętrznego pożaru budynku, a po za tym dotknąłem jednej z nich - I co ? - zapytał się Jons - Była nadpalona - …

<cdn>

Krzysztof “Vitalius” Pawłowski

Podobne wpisy

Dziwne stwory
Świat Philipa K.Dicka
[aLManach] Cechy charakteru

Brak jeszcze opinii

Napisz opinię