Opowiadania » [Opowiadanie] Wędrdowca cz.2 Krzysztof “Vitalius” Pawłowski

Jego skrytka a konkretnie jego mieszkanie, znajdowało się na 4 piętrze jednego z opuszczonych bloków mieszkalnych. Dość duża odległość od głównego bazaru dawała mu poczucie bezpieczeństwa, jeżeli cokolwiek potoczyło by się źle. Jednak sam fakt że teraz był w posiadaniu tego przedmiotu, zdawał mu się ciążyć na umyśle. A może to było tylko te promieniowanie?
To teraz już było nie istotne kiedy otwierając drzwi od swego mieszkania, zabezpieczył pułapkę i zdjąwszy z siebie przemoknięte rzeczy usiadł w starym, zniszczonym lecz mimo to wygodnym fotelu. Wszystko zaczęło się układać. Znalazł przedmioty, które wymieni na żarcie, potem postara się dostać co nie co sprzętu elektronicznego, bo pewnie będzie wiele drzwi do otwarcia w tym podziemnym kompleksie. Potem poszuka jakiś ludzi, w miarę godnych zaufania i wyruszy z nimi na oby ostatnią podróż po pieniądze.
To było tak piękne że nieznajomy wiedział iż nieprawdopodobne w tych czasach. Będzie miał szczęście jak ludzie nie zaczną pytać skąd ma te bronie, amunicję oraz kilka innych przedmiotów. Będzie miał szczęście jeżeli w jakikolwiek sposób Lechici nie powiążą go z zaginionym, a konkretnie wyrżniętym patrolem. Tak, teraz czas na zasłużony odpoczynek, a rano ruszy trochę pohandlować.

Obudził się z pierwszym brzaskiem słońca, przedzierającym się przez zrujnowane budynki. Na zewnątrz słychać było tylko śpiew rzadko spotykanych ptaków oraz co jakiś czas echa dalekich wystrzałów.
Wstał, obmył gębę w miesięcznej wodzie trzymanej w wiadrze, przykrytym drewnianą dyktą. Umył zęby szorując pozostałością po szczoteczce, i dziwnym zielonkowatym płynem który kiedyś wymienił za filtr do maszynki od kawy. Ubrał się w najbardziej biedny i nie rzucający się w oczy strój, broń zaś schował do przenośnej naramienne torby jakiejś przedwojennej znanej marki. Teraz, to była tylko kurwa zwykła torba. Teraz tak na dobrą sprawę, jeżeli może być coś nazwać cool, to tylko fakt rozpieprzenia kolesiowi głowy z dystansu 200 metrów, pistoletem. To jest cool, a nie buty Adidasa, lub czegokolwiek innego.
Popatrzał na swoje skromne mieszkanie, w którym i tak na dobrą sprawę nie miał za dużo rzeczy. Na tym świecie nie można za długo przebywać w jednym miejscu, bo przeszłość lub źli ludzie i tak Ciebie znajdą. Dlatego starał się nie trzymać wielkich kosztowności ani nie zbierać mebli, bo prędzej czy później i tak będzie musiał opuścić tą dziurę. Uruchomił pułapkę i wyszedł. Jeżeli ktokolwiek otworzy te drzwi, spotka się w wybuchowym stylu z stwórcą, kimkolwiek on by nie był.
Główny bazar znajdował się nieopodal koryta jakiejś rzeki, a dziwny posąg faceta z widłami oznaczał teren Lechitów. To wszystko należało do tego gangu. Ten gang był prawem, sądem, katem i ochroniarzem wszystkich tych którzy zgodzili się płacić im i pomagać w razie potrzeby. Ten układ z perspektywy pierwszego lepszego handlarza nie był zły, powiem nawet więcej, miał dużo korzyści. Handlarz na pustkowiu, czy w dziczy szybko zarabia kulkę, za nim cokolwiek uciuła, a tutaj mieli ochronę i stałe miejsce, a to oznaczało stałych klientów. A gdy byłeś dobry w wciskaniu ludziom rzeczy których nie potrzebowali, stawałeś się bardzo szybko w miarę bogatym człowiekiem.

Nieznajomy nie szukał przyjaciół, ani nie zawierał zbyt wielu znajomości, prawdę mówiąc w ogóle nie kontaktował się z kimkolwiek przez dłuższy czas. Wychodził z założenia że czym mniej zna ludzi tym mniej ludzi będzie interesowała jego osoba.
Jednak mimo wszystko, niemożnością było nie posiada jakichkolwiek kontaktów. Zwłaszcza jeżeli chodzi o kwestie handlu. Przeważnie każdy stalker czy zwyczajny poszukiwacz przedmiotów miał swojego zaufanego handlarza który z kolei za stałe dostawy towarów do swego stoiska, skupował je po normalnych cenach, czasem nawet dając coś ekstra.
Bo czasami problemem nie było coś znaleźć ale sprzedać tak aby mieć z tego zysk, a nie być jedynie stratny. I właśnie po to ludzie posiadali swoich stałych dostawców, a owi dostawcy posiadali swoich stałych sprzedawców.
I dlatego nieznajomych posiadał właśnie jednego takiego sprzedawcę, konkretnie Piotrka o ksywie „Tama”. Skąd ta ksywa? Podobno dlatego że kiedy zaczyna handlować to wzrost cen skutecznie zatrzymuje jak tama, wodę. Ale za to jego przedmioty zawsze są wysokiej jakości za mimo wszystko rozsądną cenę.
Stoisko Piotrka rozłożone było pod ruinami jakiegoś większego budynku naprzeciw statuły z widłami. Sprawne oko mogło by wyczytać iż owa budowla była kiedyś dworem Artusa, a sam rynek zaś znajduje się w okolicach starej kiedyś ulicy Długiej. Ale kto by teraz interesował się historią.
- Hej, stalkerze! Witaj znowu! Dawno Ciebie nie widziałem, gotów byłem już skreślić kolejnego dostawce z listy żywych! – Piotrek był średniego wzrostu mężczyzną z elegancko przystrzyżoną brodą. Jego natura była pogodna i opanowana, zaś stosunek do ludzi przyjazny z delikatnym dystansem.
- Nie tak prędko Tama. Potrzeba czegoś więcej żeby posłać me truchło do piachu-
- Wierze, wierze! Ale od kiedy Lechici informują zbieraczy o podniesionym poziomie zagrożenia, ze strony mutantów. Ludzie co raz rzadziej opuszczają bezpieczne tereny w poszukiwaniu pieniędzy.-
- Jest aż tak źle? – nieznajomy zaczął rozpakowywać plecak pełen gadżetów które znalazł poprzedniego dnia, w tym jeden egzemplarz uzi i trochę amunicji.
- Dzisiaj podobno zaginął jeden z ich patrolów. W okolicach tej starej blacharni.- Stalker spojrzał się zaskoczonym wzrokiem na Tamę i zapytał.
- Znaleźli ich? Wiedzą kto ?-
- Podobno wpadli na anomalie grawitacyjną…- wziął do ręki uzi, zaczął przeładowywać na sucho, oglądać lufę, mechanizm spustowy, potem resztę rzeczy.
- I co? Rozpieprzyło ich w drobny mak?- Nieznajomych co raz bardziej czuł się nie pewnie, jeżeli ta informacja rozniosła się tak szybko, kto wie czy już go nie zaczęli szukać.
- Wiem tyle ile sam usłyszałem, a na rynku mówią różne rzeczy. Wiesz stalkerze że te świat przestał być bezpieczny jakieś kilkadziesiąt lat temu.-
- Dobra Piotrek, te trzy naboje za informacje- nieznajomy uśmiechnął się sarkastycznie.
- Mówią jeszcze że to samochód bez pasażerów sam wpadł w anomalię, natomiast ludzi z patrolu podobno nie znaleźli, ani nawet ich ciał czy chociaż części kończyn. –
- No no no… może mutanty, a może po prostu handlarze niewolników?-
-Wiesz, odkąd Lechici zaczęli szukać tego złodzieja. Wszystko zostało dla nich zepchnięte na drugi plan. Zresztą kto miał tyle jaj żeby okraść Lechitów, wejść wyjść z ich bazy żywy i spierdolić!-
Nieznajomemu od razu przypomniał się Michał. Kurwa. Jeżeli znajdą jego ciało, martwych ludzi z patrolu i będą mieli myślącego przywódcę, te polowanie się nie zakończy. Skojarzą fakty i stwierdzą że teraz artefakt ma ktoś inny, a najbliższe miasto i rynek, to właśnie warownia… . Pierdolony kanister.
- Stalekerze? To jak, co chcesz w zamian?… halo?-
- Tak, tak… daj trochę konserw, trochę wody, kilka naboi do obrzyna i parę innych rzeczy… -

Po udanej sprzedaży, nieznajomy poszedł do baru, który znajdował się w starym kościele, o bardzo kiedyś charakterystyczne i wielkiej wieży. Kiedyś sama budowla musiała być bardzo dużo, teraz pozostało z niej tylko zachodnie skrzydło.
Bar nazywał się „Czyściec” i był jednym z kilku lokali które były otwarte dla podróżników. Inne były tylko dla Lechitów lub „zarejestrowanych” mieszkańców warowni. Charakterystyczną cechą tego baru, był wielki zegar z drewna który miał pod sobą masę dziwnych obrazków, licz i napisów. Niektórzy mówią o nim że to zegar wskazujący koniec świata i przyjście sędziego. Jeszcze inni że to relikt jakiejś obcej kosmicznej rasy. Natomiast jeszcze inni że to zwykły drewniany śmieć. Jakakolwiek by nie była to wersja, jednak trzeba było przyznać, cholernie dziwny był to zegar!
W barze panował gwar i wesoła atmosfera. Mimo godziny wczesnej, bo jeszcze przed południem, było w nim dużo ludzi i dużo alkoholu. Bar prowadził, nie wiadomo nawet od kiedy, mężczyzna w dziwnej brązowej szacie, przepasanej sznurem. Zwali go Kapucynem albo Braciszkiem i nie dlatego jak niektórzy sądzą że walił sobie często „kapucyna” ale że kiedyś należał do jakiegoś zakonu Kapucynów czy coś takiego.
Stalker usiadł na zmontowanym z wielu rzeczy krześle i rozejrzał się po barze, szukając mniej więcej „uczciwej mordy”. Zdawał sobie sprawę że w normalnym takim barze, nigdy takiej osoby by nie dostrzegł. Ale ten bar nie był normalny… . Rozmyślanie i analizę przerwał mu Braciszek.
- Witaj Synu… - tłamsząc w rękach ściereczkę zapytał-… coś podać? –
- eee… Palec Anioła i informacje-
Braciszek szybko nalał mu kielonka wódki, z dodatkiem ziołowym i zabrawszy od stalkera twardą walutę w amunicji. Zapytał.
- A o co konkretnie chodzi?-
- Widzisz Braciszku, szukam jednego, może dwóch ludzi do eksploracji. Takich którym…- braciszek dokończył zadnie za nieznajomego.
-… którym mógłbyś zaufać?-
-tak.-
Kapucyn wyprostował się, rozejrzał po barze. Wyciągnął po chwili z jakiej szuflady zwinięty papier i zaczął coś mamrotać pod nosem.
- To nie będzie takie proste…- odparł cichym tonem – widzisz…-
-Rozumiem że informacje kosztują…- nieznajomy był już gotów zapłacić, już wyciągał kolejne naboje 9mm kiedy braciszek przerwał mu stanowczym tonem.
-Nie obrażaj mnie synu! Już zapłaciłeś za zbawienie. Pieniądze to nie wszystko… -
Kurwa. Pomyślał nieznajomy. Jak dawno ja słyszałem taki tekst i to tak bardzo stanowczy że gotów byłem uwierzyć że ten człowiek tak myśli? Hmm, o ile dobrze pamiętam, nigdy.
- chodzi o to synu, że niewielu ludzi mi zostało.-
Jak to „mu zostało?”
- czyli nikt taki się nie znajdzie?-
-tego nie powiedziałem, synu. Chodzi o to że nie wiem czy przypadną Ci do gustu.-
-co?- nieznajomy nie wiedział jak ma to rozumieć, więc wolał nie wgłębiać się w szczegóły i dodał szybko.
-wystarczy mi że będę mógł im zaufać, reszta mnie nie obchodzi.-
-skoro tak twierdzisz synu. Widzisz tamtą kobietę, siedzącą koło stołu bilardowego z tymi oprychami?-
Nieznajomy obejrzał się w tamtym kierunku. Dostrzegł, wysoką, smukła i złotooką Kobietę. Była ubrana w pobrudzony mundur polowy jakiegoś dawno nieistniejącego rodzaju wojsk, i mająca bardzo przenikliwe spojrzenie. Co do reszty…
-widzisz ją czy nie synu?-
-tak, oczywiście.-
-To jest Jaga, elektryk, medyk i najemnik w jednym. Potrafi posługiwać się bronią palną tak samo dobrze, jak bronią ręczną. Uwierz mi synu, jest w tym naprawdę dobra.-
-wierze, wierze braciszku-
-teraz spójrz na tamten stół po lewej od Jagi. Widzisz tego mężczyznę który leży na stolę?-
-no.-
Nieznajomy dostrzegł faceta średniego wzrostu, o włosach w takim nieładzie, że człowiek widząc go mógłby przysiąść że każdy idzie w innym kierunku. Ubrany w czarne dżinsy i koszulę w czerwoną kratę, przepasany jakimiś wojskowymi paskami, teraz leży nieprzytomny i zamroczony vodką.
- To jest Halo. Traper, myśliwy i obdarzony przez naszego Pana wielkim darem olewania spraw, najemnik. Jeżeli spadną wam morale, ten człowiek będzie jedynym który będzie miał to w dupie.- braciszek aż się uśmiechnął, chyba z przypływu wspomnień.
- No dobrze. Czyli mam rozumieć że to są ludzie do wynajęcia za rozsądną cenę, którym mogę zaufać?-
- Synu. To są prawdopodobnie ostatni ludzie na ziemi, którym możesz zaufać, nie będąc ich przyjacielem. A co do rozsądnej ceny, to już zależy od nich. Ja zajmuje się tylko informacją.-
- No dobrze…-

Krzysztof “Vitalius” Pawłowski

Podobne wpisy

Bezpieczny miecz by Rafik
Jak wykonać bezpieczną strzałę larpową
Duńskie larpy

Brak jeszcze opinii

Napisz opinię