Opowiadania » [Opowiadanie] Nekromanta

Słowem wstępu

Wielu z nas słysząc fantasy rozumie wspaniałych paladynów, szlachetne elfy i niezmordowane krasnoludy. Prawda jest jednak taka, że prawdziwa drużyna większości opowieści to nieudany awanturnik, pyskaty elf i chciwy krasnolud. Na maga nie ma tu miejsca, bo nikt nie chce być słabeuszem, który wyłapuje strzały jako pierwszy.

Dramatis personae:

Roland z Mysich Dołów – jak sama nazwa wskazuje, pochodzi z takiej wiochy, że nawet ta nie doczekała się nazwy własnej nie dającej się wyśledzić w żadnej etymologii. Ten syn prostego rolnika, ani myślał o opuszczeniu domu, ale liczne zarazy, najazdy hord krwawych orków i nakaz eksmisji od miejscowego pana ziemskiego zmusiły naszego bohatera do wybrania awanturnictwa jako kariery życiowej. Jak to na człowieka przystało jego głównymi atutami są ironia i paranoja. Tak. To przywódca naszej drużyny.

Eldiriad Goldbranch – angielskie nazwisko (tłumaczone jako złota gałąź) powinno nam dać archetypowego elfa spotykanego w większości opowieściach fantasy i sesjach RPG. Ten elf jest jednak inny. Jego zarozumiałość i duma potrafią zrobić burzę w szklance wody a irracjonalna chęć niesienia prawa i sprawiedliwości (może wstąpiłby do jakiejś partii politycznej?) wplątała wiele wcześniejszych drużyn w niebezpieczne i epickie przygody. Nie trzeba wyjaśniać dlaczego obecnie trzyma z Rolandem i Gorderem.

Gorder – ten chciwy krasnolud jest tarczą i mieczem (a raczej toporem) drużyny. Jedyne co jest w stanie zmusić go do narażania życia to widmo bogactwa. Dlatego każdą sytuacje, w którą się wplątuje uważa za winę elfów. Skoro jeden z nich jest z nim w drużynie to nawet się to zgadza. Gorder ma też pewien problem. Osławione krasnoludzkie pijaństwo, a mianowicie jego działanie. Otóż górny próg wypicia jest bardzo wysoko. Znaczy to, że może wypić więcej niż człowiek i nic nie czuje. Niestety dolny próg jest nisko. Po prostu krasnolud jest zawsze pijany, nie ważne ile by wypił. Jest tak samo pijany tak po jednym piwie jak i po dwudziestu (europejskich, nie tych amerykańskich sikaczach – autor raz wypił ich kilka i pił je duszkiem – sic!).

Miejsce akcji

Tak więc mamy naszych bohaterów, czas więc znaleźć miejsce dla akcji ich przygód. Bardzo lubuje się w tworzeniu nowych światów. Niestety moi znajomi mówią, że tworze je zbyt wielkie i rozbudowane. Co złego w dziesięciu stronach konfliktu walczących ze sobą i tworzących dziesiątki sojuszy i paktów? Pamiętając jednak o tym, że książki są dla ludzi, a nie ludzie dla książek (słyszycie krytycy!!! – d…a mnie jakiś pan Tadeusz; pogrzebany na wawelu za zasługi być nie muszę), postanowiłem tym razem nie tworzyć wyrafinowanego kontinuum.
Akcja opowieści rozgrywa się na kontynencie zachodu (zastanawialiście się dlaczego zawsze zachód jest ostoją cywilizacji i innych idei, co do których my sami nie jesteśmy często przekonani?) podzieloną między trzy królestwa: na południu Equition (od rzymskich ekwitów), w środku Alemanię (od germańskiego plemienia Alemanów) i na północy Primorję ( to chyba od starocerkiewnosłowiańskiego-cośtam nazwa pomorza na bałkanach). Oczywiście nie muszę mówić jakie grupy etniczne reprezentują te narody. Każde królestwo ma dostęp do morza od zachodu, dodatkowo Equition graniczy z morzem południowym, a Primorję z północnym. Cały zachodni kontynent usiany jest górami (a te krasnoludami i goblinami), lasami (a te elfami i potworami) i ruinami (a te nieumarłymi) po dawno minionym złotym wieku. Cały świat znajduje się w głębokim i pełnym średniowieczu. Oczywiście gdzieś tam na wschodzie są stepy hordy, na południu pustynne krainy wyjęte z bajek tysiąca i jednej nocy, na dalekim wschodzie królują ninja, samuraje, wojownicy wuxia i mnisi shaolin itp. ludzie, którzy uważają, że lepiej mieć dobrego choreografa niż wbić komuś miecz w plecy (i są lżejsi od drzew, na których czubkach przesiadują – że też nic nie kłuje ich w stopy – np. ów czubek). Zaś na północy nordyckie plemiona usilnie próbują nawzajem wyręczać się w dotarciu do valhalii.
Mimo, że bardzo ten świat przypomina dowolny z półki heroic jest raczej jego karykaturą i urealnieniem jak wyżej wymienieni bohaterowie są karykaturą typowej drużyny. Bo jak inaczej traktować króla, który zamiast wysłać armię na smoka posyła samotnego rycerza. A żeby było śmieszniej traktuje jak diabeł dosłownie swoje obietnice i daje mu w nagrodę za bliskie spotkania trzeciego stopnia z ogniem, odciętą dłoń księżniczki. Jak widać nawet zabicie smoka nie daje wejścia do pewnych rodzin.
A więc drużyna…

Nekromanta

Drużyna siedziała za skałą. Gorder oddychał ciężko i patrzył wściekły na elfa.
- Zabije cię sk… – krzyknął.
- Ciii! – przerwał Roland. – Bo usłyszą. Jak usłyszą to nas dopadną. Jak nas dopadną to zabiją. A jak zabiją, to nie będzie miło.
- Bywało gorzej – odezwał się Eldiriad, ale miny współtowarzyszy sprawiły, że niemal padł trupem.
- To twoja wina! – znowu krzyknął Krasnolud.
- Ciii! – Roland znowu go uciszył.
- To twoja wina, kłapouchu! – powtórzył szeptem. – Zawsze wpakujesz nas w tarapaty.
- Ja! – odezwał się Eldiriad.
- Cii! – znowu uciszył Roland. – Halo? Chciałbym przypomnieć, że coś nas goni.
- Dobra, dobra – dodał szeptem Eld. – Pragnę tylko przypomnieć, że musiałem coś zrobić. Wychlałeś całe wino z karczmy, a musieliśmy jakoś to spłacić.
- Przynajmniej nie leje w majty! – krzyknął czerwony Gorder.
- Eeee… – odezwał się Roland. – Chłopaki…
- To się zdarzyło dwa razy! – zaczął bronić się krzykiem Eldiriad. - Za pierwszym za dużo wypiłem. A za drugim to był efekt czaru.
- Eeee… chłopaki…
- Efekt czaru! – krzyczał cienkim głosem krasnolud próbując nadać słowom sarkastyczny dźwięk, po czym dodał normalnym krzykiem. – Ta ognista kula minęła cię o dwa metry, a ty zmoczyłeś się w majty!
- Eeee… chłopaki…
- CO! – krzyknęli na raz Eldiriad i Gorder.
Nagle spostrzegli, że otoczyła ich cała armia szkieletów.
- Czy już mówiłem, że nie będzie miło jak nas zabiją.

- Żałuj, że ciebie tam nie było! – mówił z przejęciem elf. – Sposób w jaki uciekliśmy tym szkieletom był niemal epicki. Niestety nasze zbroje i sprzęt są do wymiany, a Gorder musi być chyba opatrzony.
- Mówisz o tym? – krasnolud pokazał na ciągnący się za nim szlak krwi. – To nic. Raz ucieli mi rękę, a i tak odrosła.
Wędrowny kapłan, Eldiriad i Roland popatrzyli się ze zdziwieniem na Gordera.
- Dobrze, dobrze – przerwał kapłan. – Macie to o co was prosiłem?
- Z tym może być problem – zaczął elf.
- Problem?
- My tak jakby podczas ucieczki upuściliśmy połowę i…
- Połowę!
- Zostały jeszcze cztery kamienie błękitnego brzasku rudego jednorożca z Avalonu.
- Cztery? – ledwo wykrztusił z siebie kapłan.
- Zawsze zastanawiało mnie skąd biorą się te nazwy – rozpoczął rozważania Roland.
Kapłan poczuł się sfrustrowany.
- A wiesz, że mnie też to nurtuje – dołączył do niego Gorder. Ironia w jego głosie była znakiem coraz większego braku krwi lub piwa w organizmie. – To tak jakby specjalna machina z wieloma trybikami wykonywała obliczenia.
Kapłana rozbolała głowa. Roland kontynuował.
- Albo jakiś bożek wymyślał nazwę przy rzucie kostką. Cztery oczka – Rudy Jednorożec, 7 – pomarańczowy galaretowaty stwór bagienny.
- Cisza! – kapłan nie wytrzymał. – Wróćcie po jeszcze jeden. Wystarczy pięć do rytuału.
- Do grobowca pełnego szkieletów i licza – nekromanty? – zaczął wyliczać Roland. – Dobra, ale przed nami niech idzie drużyna smoczej gwardii.
- Właśnie, tego nie było w umowie! – odezwał się Eldiriad. – Nic nie było o nieumarłej armii strzegącej kamieni.
- Czy wy z księżyca się urwaliście? – krzyknął kapłan. – Zawsze jest jakiś strażnik. Niby po co wynająłem drużynę najemników?
- Postawmy sprawę jasno – Gorder dobył topora. – Jesteśmy tu sami w lesie, w środku nocy, a ty nam ubliżasz, nie chcesz zapłacić i nawet nie masz żadnej broni przy sobie?
- Ćwierć sztuki złota?
- Połowa!
- Zdziercy! – kapłan przeliczył monety i dał Gorderowi.
- Tak się zbiera pieniądze, wy cio…
Krasnolud zemdlał. Eldiriad wziął pieniądze, a Roland zarzucił krasnoluda na ramię.
- Zdecydowanie musi przejść na dietę – wystękał.
Drużyna rzuciła się do wozu z koniem kapłana i zostawili go samego.
- Co do cho… – krzyknął.
- Wybacz – krzyknął Eldiriad. – Niestety ten nekromanta jest nieźle wkurzony i goni nas od godziny. Do tego skubaniec ma konia.
Kapłan nie dosłyszał krzyków elfa. Zrezygnowany z powodu pieszego marszu do miasta, myślał nad zemstą. Obrócił się i słuch po nim zaginął.

 Piotr “Mały” Meler

Podobne wpisy

[Opowiadanie] Królowa cz. 1/4 Piotr "Mały" Meler
[Epickie Opowieści] Złoto – czyli Gordera interes na boku
[Opowiadanie] Epickie Opowieści cz.3 - Karczma

1 Trackbacks/Pingbacks

  1. Pingback: KF Zardzewiały Topór » Opowiadanie - Królowa cz. 1/4 on 20/12/2010

Napisz opinię