Opowiadania » [Opowiadanie] Łowca - Mariusz “Mario” Majchrowski

 Uwaga - Zawiera wulgaryzmy

- Czas zrobić porządek z tym cholerstwem! - wrzasnął Młody, podrywając się z metalowego krzesła i podnosząc ze stołu swojego Colta.
- Siedź na dupie. Nic im nie zrobisz, dopóki nie będziemy mieć CAŁKOWITEJ pewności - Vit odpowiedział spokojnie, kładąc nacisk na ostatnie słowa.
- Kurwa, czego jeszcze potrzebujesz? Dowodów, procesu, świadków, jak przed Bombą? To tak nie działa, Dziadku - chłopak opadł ciężko na miejsce, chowając broń w kaburze.
Vit podszedł do pokiereszowanego ciała leżącego na podłodze pomieszczenia. Przejechał palcami po śladach pazurów, których na klatce piersiowej zabitego było co najmniej kilkanaście - Coś tu nie pasuje… - mruknął pod nosem siwy mężczyzna, bardziej do siebie niż do towarzysza. Zamyślił się, wyjął z kieszeni płaszcza pozginanego skręta i odpalił.
- Co ci nie pasuje? Sam się miał zarżnąć? To są bestie, rozwaliłyby każdego bez powodu.
- Zamkniesz się wreszcie? Czasami wydaje mi się, że są bardziej cywilizowane od ciebie - Vit nawet nie spojrzał na towarzysza, w jego głosie słychać było wyraźną irytację.
- Pierdolę ciebie i cały ten twój jebany kodeks! Sram na to, co uważasz, kumasz? - krzyczał Młody. Starzec nawet nie odwrócił się w stronę chłopaka. Zamiast tego wyjrzał przez okno, przyglądając się postatomowej pustyni, która rozciągała się aż po sam horyzont. - Akurat tak się składa, że gdyby nie mój jebany kodeks już dawno gryźlibyśmy piach, jak Mike. Gadał jak ty i co? Też chcesz tak skończyć?
- Skończę zaraz coś innego… - Chłopak poderwał się znów z krzesła, wyszarpnął broń z kabury i ruszył w stronę schodów do piwnicy. Stary chwycił go za bark w połowie drogi, obrócił nim bez żadnego kłopotu i w ułamku sekundy wycelował swój pistolet prosto w czoło towarzysza. Ten w tym samym momencie przyłożył lufę swojego Colta do piersi mężczyzny.
- Siadaj Młody - zdecydowanym tonem rzucił Vit.
- Bo co? Strzelisz?
- Odłóż to - Stary warknął, jakby wydawał komendę nieposłusznemu kundlowi. Stali tak kilka chwil. Vit cały czas patrzył Młodemu w oczy. Chłopak wiedział, że tamten w każdej chwili może wystrzelić i nawet nie będzie się zastanawiać. W końcu nie wytrzymał, ręce zaczęły mu się trząść ze stresu. Opuścił broń i usiadł na swoim krześle. Jego towarzysz zrobił to samo. Zapadła cisza, tylko słaby szum zdezelowanego radia wkradał się w panujące milczenie.

- Dobra Panie Mądry, to co w takim razie robimy? - zagaił Młody po jakimś czasie.
- Siedź tu i czekaj. Zejdę do nich - Stary wstał z krzesła i poprawił na sobie płaszcz. - Czegoś tu nie rozumiem. Muszę z nimi pogadać. A ty pilnuj, może Jack wróci.
- A ty kurwa znowu swoje. Zeżarły go, mówię ci. Ale jak chcesz, gadaj sobie z nimi. Miłej rozmowy, kurwa - Młody odparł do Vita, który właśnie schodził do piwnicy. Ten zamknął za sobą drzwi, zza nich słychać było trzeszczenie mocno wysłużonych schodów.
- Ehh, po cholerę mi to było - westchnął chłopak, podchodząc i kucając przy zmasakrowanych zwłokach brata - Najlepszy łowca mutantów w Detroit, gadali. Gówno prawda, Mike. To wszystko przez Starucha. I jego pieprzone metody.
Młody wyjął ze swojego plecaka brudną butelkę z resztką taniego bimbru, pociągnął z gwinta parę łyków, krzywiąc się przy każdym niemiłosiernie.

Minęło może z dziesięć minut, gdy frontowe drzwi domu otworzyły się z trzaskiem, a w progu ukazała się sylwetka niewysokiego, umięśnionego mężczyzny. Powolnym krokiem wszedł do środka, idąc ku siedzącemu chłopakowi.
- Jack? Jack, kurwa, żyjesz! Gdzie - urwał Młody, gdy przyjrzał się wielkim szponom zaginionego towarzysza. Natychmiast poderwał się z miejsca, w okamgnieniu ładując w przybysza cały magazynek swojego Colta. Na Jacku nie zrobiło to jednak żadnego wrażenia, nadal parł do przodu, choć Młody nie chybił ani razu.
- O kurwa. Kurwakurwakurwa - młody cały czas zaciekle naciskał spust, choć pusta komora pistoletu wydawała tylko złowieszcze „klik”. - Jack! Nie! hrrrrrrrrrrr… - wycharczał chłopak w chwili, gdy potężne pazury rozrywały mu gardło. Zaraz padł następny cios i czarnowłosa głowa potoczyła się pod stół. W tym momencie drzwi do piwnicy wyleciały z hukiem z zawiasów, a za nimi stał Vit, celując prosto w łeb potwora. Tamten nie zdążył zrobić kroku, gdy mała strzykawka trafiła go prosto w czoło, wtłaczając toksynę. Jack nie dobiegł nawet do połowy pokoju, gdy całkowicie unieruchomiony padł ciężko na ziemię, upadając na zwłoki Mike’a. Starzec podszedł bliżej, zmienił magazynek na zwykłe kule i sprzedał je od razu w stronę napastnika, rozmazując jego czerep dokoła. Z obrzydzeniem starł z płaszcza resztki mózgu.
- Widzisz Młody, mówiłem, że wróci - spokojnie powiedział Vit - I wiem już, co mi nie pasowało - mężczyzna podniósł wielką łapę potwora opatrzoną wielkimi szponami.

Vit zszedł znów do piwnicy, otwierając zardzewiała kratę postawioną w poprzek piwnicy. Dwójka mutantów zbliżyła się do niego.
- Wychodźcie, jesteście wolni. I przepraszam za moich towarzyszy.

- Żegnaj , Łowco - niebieski, dwumetrowy niebieski zielony stwór pożegnał się z mężczyzną w progu chaty.
- Żegnajcie i wy - Vit podał rękę każdemu z mutantów, po czym ci ruszyli droga znaczoną połamanymi słupami wysokiego napięcia.
- Obyśmy się już nie spotkali - rzucił już bardziej do siebie starzec. Westchnął ciężko. Czerwone słońce chowało się powoli za horyzontem. Vit podszedł do swojego wysłużonego Cadillaca, z bagażnika wyciągnął jeden z kanistrów z benzyną. Wrócił do chaty. Zwłoki swoich dawnych towarzyszy ułożył jedne obok drugiego, oddzielnie kładąc zdeformowane ciało Jacka. Poznosił wszystkie pozostałości drewnianych mebli, połamał je i usypał stos na ciałach poległych. Polał wszystko benzyną - No dzieciaki, czas na mnie - powiedział do leżących na ziemi ciał. Zabrał swój plecak, poprawił płaszcz i odpalił skręta. Płonąca zapałka ledwo dotknęła wilgotnej od paliwa podłogi, gdy pod nogami pojawił się ogień. Po chwili objął pogrzebowe stosy. Vit szybko wyszedł z chaty, wsiadł do samochodu i nieobecnym wzrokiem objął dom, który powoli zaczął zajmować się oczyszczającym ogniem. Drewniana konstrukcja zajęła się bez trudu, pochłaniając pochowanych wewnątrz towarzyszy. Trzymając ręce sztywno na kierownicy, Vit nie ruszył się nawet na chwilę.

Powoli zaczęły wracać emocje. Wspomnienia niedawno poznanych chłopaków, jego uczniów, nieźle zapowiadających się adeptów. Widok krwi, zwłok, mózgu rozchlapanego na podłodze, martwych oczu Młodego. Dłonie zaczęły mu drżeć. Sięgnął do samochodowego schowka, wyjął z niego słoik z białymi tabletkami. Pośpiesznie odkręcił wieczko, wysypał na dłoń kilkanaście i od razu połknął. Wspomnienia zaraz odejdą, powróci spokój. Za chwilę. Tak jak mówił stary Albert - w końcu człowiek nie wytrzymuje psychicznie. A szczególnie w tym zawodzie. Jeśli prędzej jakieś gówno nie dorwie go na pustyni, nie wykończy choroba popromienna, to sam wpakuje sobie ołów w łeb. Ważne, by trzymać się jak najdłużej. Zachować trzeźwy umysł. Wpieprzać to otępiające ścierwo, zanim demony mieszkające w głowie każą pociągnąć za spust. Innej rady nie ma. Taka jest dola łowcy. Vit w końcu się uspokoił. Starzec przekręcił kluczyk w stacyjce, jego wysłużone auto zakaszlało straszliwie, lecz silnik zdołał zaskoczyć. Mężczyzna podkręcił radio i ruszył na południe. Z szumu fal radiowych przebijały się pierwsze wersy starego przeboju.

„I don’t want to set the world on fire
I just want to start a flame in your heart”

Mariusz “Mario” Majchrowski

Podobne wpisy

Tajemnica Psychiatryka cz. 4/5
[Ciekawe Linki] Bądź na bierząco z SF
Eclipse Phase

Brak jeszcze opinii

Napisz opinię