Opowiadania » [Opowiadanie] Królowa cz. 4/4 Piotr “Mały” Meler

Palmero siedział przy biurku szeryfa. Nie chciał tego stanowiska, a napis na szklanym biurku, mówiący Szeryf Inspektor Howard Palmero nie poprawiał nastroju. Nagle odezwał się komunikator.
- Palmero. O co chodzi?
- Tu Iste - Iste była w kontroli satelitarnej planety. Miał nadzieję, że ma dobre wiadomości.
- Co masz?
- Nie spodoba ci się to Howie - odpowiedziała. - Satelita został zestrzelony. Zerwało łączność z Konfederacją. Mamy teraz tylko przekaźniki planetarne. Odpalimy niedługo awaryjny podprzestrzenny.
- Jak to możliwe, że zestrzelono satelitę?
- Obiekt o zmiennym wektorze wystartował z okolic równika i po przebyciu połowy orbity zderzył się z naszym satelitą.
- Dzięki. Informuj mnie o wszystkim.Przeklął. Gdyby szeryf wezwał wcześniej marines, to ci już by tu byli. Pół miesiąca uganiali się za tą dziewczyną, a tymczasem ona umocniła swoje pozycje w dżungli. Burmistrz powiedział mu, że nie chce, aby za jego kadencji musieli ewakuować planetę. Zaśmiał się. Politycy. Przynajmniej odsunął Dave’a Raynolds’a i jego osobistą vendettę na dalszy plan.

Włączył jeszcze raz dane Jessici Drake. Ze wszystkich przedmiotów oceny ponad przeciętne, lub przynajmniej dobre. Trzykrotna królowa dorocznych balów. Udzielała się w organizacjach społecznych. Przewodnicząca. Wygrany turniej „Armady”. Tak jakby zbierała doświadczenie. Zdolności przywódcze, dowodzenie. Pobierała nauki ze sztuk walki. Zaczął baczniej przeglądać. Kilka dni przed wypadkiem zaliczyła licencję pilota. W wieku szesnastu lat. Był pod wrażeniem. I był przerażony. Ten geniusz zabił sześciu uzbrojonych szeryfów i zestrzelił satelitę. Nie potrafili zidentyfikować w bazie danych jej gatunku. Wiedzieli jedynie, że rozmnaża się bardzo szybko i to w oparciu o materiał genetyczny swojej pierwszej ofiary.

Popatrzył na materiały z sekcji. Ta martwa istota w kostnicy nie miała organów rozrodczych. Została stworzona tylko w jednym celu. By walczyć. Była jak królowa istot społecznych. Zaczął porównywać ją z gatunkami w bazie danych. Wyszukał inteligentne gatunki społeczno - rojowe. 400 pozycji w indeksie. Ograniczył do bazujących na DNA formach węglowych. 35 pozycji. Spróbował do form spokrewnionych z człowiekiem. 0 pozycji. Wrócił do poprzedniej sekcji. Żaden z tych gatunków nie występował w galaktyce Pegaza, choć wszystkie były względem ludzi wrogie. I żadna z królowych nie przypominała dziewczyny patrzącej na niego z kartoteki szkolnej.

Spisał swoje przemyślenia w raporcie. Następnie połączył się z kontrolą Magejonu i kazał im to przesłać jak tylko uruchomią nadajnik planetarny.

Gdy Jessie i żołnierze powrócili do jaskini, uwijała się przed nią grupka kilkudziesięciu istot. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że w każdym z jaj musiało być więcej niż jeden embrion. Doliczyła się siedemdziesięciu robotników, którzy wznosili z drzew i ziemi dziwną konstrukcję, którą oblepiali swoją mazią. Byli niżsi od niej i posiadali słabsze pancerze od wojowników. Wszyscy natychmiast się pokłonili i poprosili o imiona.

Gdy w końcu im je nadała, jeden z nich - Organ wystąpił z szeregu i oprowadził po konstrukcjach jakie stworzyli. Zdążyli wznieść Spiżarnię i wylęgarnię. Wciąż budowali jej osobiste komnaty i koszary. Następnie zaprowadził ją do tunelu. Wyjaśnił, że nadal kopią korytarze i schrony w razie ataku. Wyjaśnił, że choć postarają się zamaskować struktury, aby nikt nie mógł dostrzec ich z powietrza, a ich maź izoluje ciepło, to muszą być przygotowani. Tam też trafiła do komnaty, gdzie oblepionych mazią, spoczywało kilku z nich, zamkniętych w przeźroczystych kokonach.

- Poświęcili się, aby stworzyć generator fuzyjny - wyjaśnił Organ. - Prosili o nadanie im imion. Gdy tylko uruchomimy instalację energetyczną, będziemy mogli zacząć produkcję potrzebnych nam materiałów, broni i statków. Potrzebujemy na to kilkanaście dni.
- To niesamowite. - powiedziała Jessie. - Wszystko dzieje się tak szybko.
- Pracujemy bez wytchnienia, aby móc sprostać zagrożeniu. Gdy tylko uruchomimy Laboratorium, będziemy w stanie zdjąć z ciebie część obciążenia regenerując i wydłużając żywotność robotników i wojowników.

Oprowadził ją po centrum dowodzenia, pokazał stanowiska obronne przygotowane dla żołnierzy. Pokazał też ukończoną fabrykę biomateriałów,, prawie ukończony hangar i stocznię i powstające laboratorium. Podczas tego przeglądu, tylko drobny ból przypomniał jej, że niedługo będzie rodzić.

Palmero i Onei oglądali zdjęcia wykonane przez transportowiec w atmosferze.
- Za kilka dni będą tutaj marines - stwierdził Onei.
- Możemy tego nie przetrwać - odpowiedział Palmero. - Zbudowała całą bazę i to w ciągu kilku dni.
- Nie wykryli sygnatur cieplnych. Nie mają broni i pojazdów.
- A jednak zestrzelili satelitę.
- To się robi niebezpieczne.
- Z tych zdjęć wynika, że się nas boją. Próbowali zamaskować te obiekty.
- W tej chwili tak, ale jeśli będą się tak szybko rozmnażać to nas zniszczą.
- Pozwól mi zebrać farmerów - zaczął Onei. - Nie dadzą nam rady jak ich zaatakujemy.
- Nie, to zbyt niebezpieczne. Pokonali uzbrojony oddział szeryfów. Co zrobią ze źle zorganizowanym tłumem farmerów. To będzie jak pójście na rzeź.
- Coś musimy zrobić. Stary by się nie wahał.
- To przez starego jesteśmy w takich opałach. Gdyby wezwał marines na samym początku to byśmy nie mieli takich problemów.

Palmero popatrzył w okno. Miał wciąż twarz dwudziestoletniego bruneta, ale prócz czarnych, przybyło mu ostatnio sporo siwych włosów. Na hologramie wyświetlona była twarz Jesici Drake. W jego umyśle zaś pojawiło się kolejne pytanie.
Jaki jest twój następny ruch?

Jessie patrzyła, jak robotnicy uwijają się przy konsolach sterujących. Część wyświetlała już interfejs holograficzny. Po chwili usłyszała głos robotnika - Strzygi.
- Mamy już sensory, a fabryka wyprodukowała pierwsze karabiny plazmowe - zaczął. - Powinna też ucieszyć ciebie wiadomość, że fabryka ukończyła twój strój. Materiał jest mocny i wytrzyma strzały z broni. Przynajmniej te z lekkiego kalibru, choć i tak jest słabsza od zbroi robotnika.
- Dziękuję - uśmiechnęła się. - Ale wydaję mi się, że moje czasy na pierwszej linii skończyły się, zanim się zaczęły.

Ruszyła ku swojej komnacie. Była owalna i znajdowała się na szczycie również owalnej wylęgarni. Na środku sufitu znajdowała się krystaliczna lampa. Między przestronnym balkonem, a jej komnatą nie było ściany, ale przeźroczysta błona, w dotyku i wyglądzie przypominająca bańkę mydlaną i tak jak ona załamywała światło na dziesiątki kolorów. W komnacie znajdowało się też jej łóżko, szafy (choć puste) i biurko z interfejsem holograficznym i krzesłem. Stąd schodziła po schodach na korytarz, z którego, albo wchodziła do wylęgarni, albo wychodziła na zewnątrz.

W szafie był już jej strój. Czarne obcisłe spodnie i zielone kozaki z płaską podeszwą. Czarna koszulka z długimi rękawami i zielona sukienka, którą narzuciła na wierzch, a która kończyła się na kolanach. To ubranie było dla niej dobrym wyborem. Mogła do niego podpiąć hełm i rękawice i w razie potrzeby wyjść nawet w przestrzeń kosmiczną.

W nowym stroju przeszła się do wylęgarni. Tam stał już robotnik, który poinformował ją o postępach rozwoju trzeciej „partii”. Wśród niej było przynajmniej kilkunastu wojowników i kilkudziesięciu robotników. Tym razem zniosła trzydzieści parę jaj i spodziewała się, że nie tylko jaja z robotnikami, mają po kilka embrionów.

Wróciła do centrum dowodzenia, gdzie As spierał się z nadzorcą robotników, Lexem.
- …potrzebujemy więcej rąk do obrony roju - mówił dowódca wojowników.
- Robotnicy muszą pracować, nie walczyć - skontrował Lex. - Mamy jeszcze tyle do stworzenia.
- Co się dzieje? - przerwała im.
- Rozmawiałem z nadzorcą na temat wzmocnienia naszych sił broniących roju - zaczął As. - On nie rozumie w jakiej jesteśmy sytuacji.
- Rozumiem, ale nie mogę oddać ci tych robotników kapitanie - odezwał się Lex. - Może mam zabrać robotników pracujących przy wyrzutniach i tarczy obronnej? A może z laboratorium i zbiorników medycznych? Na pewno poradzimy sobie bez broni, jeśli zabierzemy robotników z fabryki. Wylęg także nie potrzebuje ochrony. Albo zabierzemy naszych robotników ze spiżarni. W końcu nie musimy jeść, a coraz trudniej znaleźć im zwierzęta tak blisko roju.
- Mam tylko siedmiu wojowników - powiedział As. - Zmęczonych kolejnymi wachtami. W razie ataku wroga, nie powstrzymają go.
- A ja poświęciłem pięciu robotników na generator fuzyjny. Dwóch spoczywa jako rdzenie napędowe w szkieletach budowanych przez nas dwóch statków. Ośmiu jako maszyny w fabryce.
- Kapitanie, wiem że jest wam ciężko i chcesz jak najlepiej wykonać swoje obowiązki. - Pojutrze pojawią się nowi wojownicy. W najgorszym wypadku dziesięciu, w najlepszym nawet kilkadziesiąt. Będziemy potrzebować, żywności, broni i wszystkiego czym teraz zajmują się robotnicy.
- Dobrze moja królowo - odpowiedział As. - Ale nie obronię bazy z siedmioma wojownikami, jeśli coś nas zaatakuje podczas tych kilku dni.
- Więc módlmy się, aby nie zaatakowało.
- Módlmy się - zaśmiał się Lex. - To zabrzmiało… ludzko.
- Przynajmniej w jednym się zgadzamy nadzorco - As wyszedł z centrum dowodzenia. Jessie spojrzała zaś na wszystkie konsole i uwijających się przy nich robotnikach. Wszystko zdawało się samo sobą kierować i zarządzać. Wydawało jej się, że jej jedynym zadaniem jest rozsądzanie sporów i składanie jaj.

Porucznik Barnes, dowódca kompanii Golf popatrzył na raport szeryfa Palmero. Niezidentyfikowany społeczny gatunek obcych. Do tego spokrewniony z ludźmi. Królową zdawał się być obcy ukrywający się przez szesnaście lat jako Jessica Drake. Popatrzył w jej akta. Dobry Boże! Dostała się do akademii gwiezdnej Konfederacji. Ktoś taki miał zostać oficerem. Gdyby to nie wyszło na jaw i to coś założyłoby „gniazdko” w akademii. Lub porcie wojennym.

Oglądał dalej. Zdjęcia struktur planetarnych. Może wejdzie na orbitę i każe ostrzelać cel? Najpierw najlepiej by było, gdyby zrobił rekonesans. Dodatkowo tak szybko rozmnażający się i nieznany gatunek, byłby doskonałą przewagą dla wojsk Konfederacji. W końcu rząd zabraniał im korzystania z armii syntetycznej. Armia biotechniczna byłaby nawet lepsza

Wstał od biurka i założył szarą kurtkę i czapkę z daszkiem. Wyszedł ze swojej kabiny i udał się do centrum bojowego patrolowca „Omnideus”.
- Dowódca na pokładzie! - krzyknął zastępca ppor. Lawley. Wszyscy oddali honor i powrócili do zajęć. - Wyskoczyliśmy z nadprzestrzeni godzinę od Despoid.
- Dobrze - odpowiedział dowódca. - mamy łączność z planetą?
- Tak, ale wykryliśmy aktywny radar i nie należy on do kolonistów.
- Chcesz powiedzieć, że obcy mają sensory? - porucznik popatrzył swojemu zastępcy prosto w oczy.
- Tak i podnieśli tarczę obronną. Nici z bombardowania. I oni i my nic nie przebijemy przez tarczę. Wszystko co ma przyśpieszenie większe niż 10 km/h odbije się lub rozbije o tarczę.
- To zrobimy to w starym dobrym stylu. Powiedz szeryfowi, że wysyłam na dół swoich ludzi. Zajmą się wszystkim.

Jessie była w wylęgarni nadając nowe imiona, gdy dosięgły ją myśli obsługi centrum dowodzenia. Na szczęście już skończyła i ruszyła przed siebie. Gdy dotarła do centrum dowodzenia, był już tam As i Lex.
- Co się dzieje? - zaczęła. - Wasze myśli są zbyt chaotyczne.
- Przybył statek - zaczął Lex.
- Konfederacja?
- Też tak pomyślałem, dlatego podnieśliśmy tarczę.

Pokazał jej obraz holograficzny. Na nim widziała Despoid i jego dwa księżyce Kamlo i Uznę. Była tam też zaznaczona kropka przedstawiająca statek i oddzielające się od niego cztery kolejne lecące w stronę „ich” części planety.
- To mogą być promy wypełnione piechotą - zaczął As. - Spróbują zniszczyć osłonę i wycofają się, aby umożliwić bombardowanie. Przynajmniej ja bym tak zrobił.
- Nie tylko ty - stwierdziła Jessie. - To było moje ulubione zagranie jak grałam w armadę.
- O ile generator tarczy znajduje się pod ziemią, o tyle stacje przekaźnikowe są w sześciu miejscach roju. Zniszczenie każdej z nich spowoduje, że jakaś część naszych struktur: hangar, stocznia, fabryka, koszary, wylęgarnia, centrum dowodzenia lub laboratorium będą podatne na ataki wroga.
- To tylko kwestia czasu. Nawet z nowymi wojownikami nie będę w stanie podjąć równorzędnej walki, a oni na pewno będą mieli ciężki sprzęt i przyjdą pewnie…
- …w sile kompanii - dodała Jessie. - Co ze statkami? - Dwa promy bojowe są budowane w stoczni.
- Napęd, atmosfera , nawigacja, pancerz są skończone - zaczął wyliczać Lex. - Problemem jest broń.
- Są zdolne do abordażu?
- I robotnicy i wojownicy mają autonomiczne systemy podtrzymywania życia. Mogą wytrzymać w warunkach otwartej przestrzeni do półgodziny.
- Śmiały plan - Stwierdził As. - Jednostka może stawiać opór.
- Użyją pewnie wszystkich marines do walki na planecie - argumentowała Jessie. - Nie spodziewają się ataku na ich statek. Nie będzie tam żołnierzy, tylko oficerowie i marynarze.
- Mam za mało ludzi - stwierdził jej kapitan.
- Lex, załadujesz jak najwięcej swoich ludzi na statki . Dasz im broń. Oni zaatakują statek konfederacji.
- Robotnicy nie są stworzeni do walki! - zaprotestował nadzorca.
- Tak jak załoga tego statku - stwierdziła Jessie. - Kapitanie, czy twoje siły dadzą radę pokonać siły wroga? - Oni mają ciężki sprzęt.
- Będą wysokie straty, ale to my znamy teren, a robotnicy wykopali sporo tuneli zaopatrzeniowych, sięgających za bazę w ciągu ostatniego tygodnia. To daje nam sporą przewagę bojową.
- Rozumiecie, że jeżeli przegramy, to będzie to koniec nas wszystkich? - powiedziała Jessie.
I nadzorca i kapitan skinęli.
- Dobrze - stwierdziła. - Wykonać plan!

Porucznik Barnes oglądał trójwymiarową mapę. Lekko pofałdowany, przez nieliczne wapienne skały teren, porośnięty był puszczą Oznaczenia na mapie oznaczały plutony marines, poruszające się w transporterach opancerzonych. Dwa transportery na pluton. W każdym transporterze ośmiu marines. Promy, które dostarczyły je na planetę, wycofały się w kierunku kolonii. Barnes przyglądał się hologramowi. Coś mignęło nad sześcioma okręgami tarczy obronnej bazy wroga.

I wtedy się zaczęło.
- Pluton II, wchodzimy w obszar osłony, zaczynamy ostrzeliwanie celu.
Obydwa znaczniki oznaczające transportery, przekroczyły okrąg oznaczający zasięg tarczy.
- Pluton II, jesteśmy atakowani przez stanowisko ogniowe. - Mają jakąś dziwną broń energetyczną.
Na mapie został zaznaczony nowy punkt.
- Sir! - od pola bitwy odwrócił jego uwagę zastępca. - Dwa obiekty wystartowały z bazy wroga i lecą w naszą stronę! Kurs balistyczny! Spotkanie za - zastępca pobladł. - 20 sekund.
- Wszystkie baterie! - krzyknął porucznik. - Ostrzał!
- Tak sir! - krzyknął zastępca. - Wszystkie baterie ognia.

Barnes uświadomił sobie, że posłał całe swoje siły na planetę. Prócz marynarzy, nie było marines do obrony statku. Wtedy też poczuł dwa potężne uderzenia. Dwa statki wbiły się w poszycie Omnideus’a.

Przerzucił obraz na kamery. Zielone sylwetki trzymające dziwne bronie, wdzierały się tłumnie na pokład jego statku. Przerzucił obraz na planetę. Tam było gorzej. Choć 4 okręgi zniknęły, to pozostały tylko trzy otoczone przez wrogie jednostki transportery. Wydał rozkaz do odwrotu w kierunku centrum kolonialnego. Następnie wyszedł z centrum i poszedł do swojej kabiny. Wyciągnął swój pistolet.

Ruszył przed siebie. Słyszał już odgłos strzałów. Dwie te istoty wybiegły na niego. Szybko się z nimi rozprawił. Musiało być ich naprawdę sporo, skoro rozbili kompanię marines - pomyślał. Nie umieją nawet dobrze celować.

Zszedł po drabinie, na niższy pokład. Kolejny wybiegł na niego. Zabił go. Zszedł na najniższy pokład i dotarł do rdzenia silnika. Ciała techników i obcych leżały na podłodze. Podszedł do interfejsu i zaczął procedurę przeciążenia reaktora.

Poczuł świst. Potworne pieczenie z brzucha. Wypluł krew na konsolę. Spojrzał w dół i zobaczył krwawiącą dziurę w brzuchu. Resztkami sił odwrócił się i upadł. Przed nim stał w zielonym pancerzu obcy. Trzymał strzelbę policyjną. Nie miał twarzy, jedynie zieloną powierzchnię hełmu.
- Przepraszam! - w jego głosie dało się usłyszeć przerażenie.
- Nie ma za co! - strzelił z pistoletu, prosto w głowę. Obcy upadł na ziemię i czerwona krew wypłynęła na zewnątrz.
- Krwawią jak ludzie - powiedział resztkami sił i osunął się w ciemność.

Jessica podliczała straty. 10Ciu z 20stu wojowników martwych. Z 40stu załogantów statków abordażowych przeżyło pięciu, ale zdobyli statek konfederacji. Nakazała swoim statkom powrót na planetę. Wszyscy już wracali.
- Co teraz królowo - zapytał się Lex. - Zaatakujemy kolonię?
- Nie - odpowiedziała. - ewakuujemy się.
- Co?
- Ledwo przetrwaliśmy atak patrolowca. Co będzie jeśli wyślą przeciwko nam cały dywizjon lub eskadrę?
- Nie mamy przecież technologii, aby stąd odlecieć.
- Mamy zdobyty statek Konfederacji. Z danych widać,że to patrolowiec. Wytrzyma do dwustu istot załogi. Nas jest 95. Dość by uciec. Transportowce już wracają. Upchniemy do nich załogę. Polecimy na trzy zmiany. Ostatnia zmiana musi przeciążyć systemy. Zostawimy po sobie nuklearny krater. Nie damy im nawet obiektów do badań.
- Tak moja królowo - odpowiedział Lex. - rozpocznę przygotowania.

Palmero był na lądowisku, gdy wylądowały wszystkie trzy transportowce marines. Wszystkie ze śladami walki, jeden bez dyszy, którą musiało coś oderwać. Marines wypadli na zewnątrz. Część niosła rannych.
- Kto tu dowodzi? - zapytał się Palmero.
- Ja - odezwał się jeden z nich. - Starszy sierżant Pator.
- Szeryf Inspektor Palmero - odpowiedział. - Co się stało?
- Przytłoczyli nas. Byli wszędzie i nigdzie. Wyskakiwali spod ziemi - zaczął sierżant. - Zanim się zorientowaliśmy, to tylko to zostało z naszej kompani. Pozbieraliśmy chłopaków z sąsiednich plutonów i z większym niż dopuszczalne obciążeniem zwialiśmy tutaj.
- Czemu nie wezwaliście wsparcia z orbity?
- Nie było wsparcia. To wszystko rozegrało się w ciągu pół minuty. Zmietli nas w pół minuty! Dowódca kazał nam się schronić w kolonii, a później urwało się połączenie.
- Za mną - Palmero powiedział do sierżanta i ruszyli razem. Najpierw do windy, a potem do kontroli satelitarnej.

Kontrola była średniej wielkości pomieszczeniem, w którym siedziała grupka ludzi. Palmero podszedł do Iste.
- Co masz? - zapytał się. - I gdzie do kurwy jest burmistrz!
- Burmistrz chowa się w schronie, a Omnideus, przyjmuje transporty z planety.
- Co?
- Cały czas lądują w nim niezidentyfikowane obiekty. Tak od dziesięciu minut, gdy pierwsze.
Więc to był jej ruch - pomyślał Palmero.
- A to kurwa - zaklął. - Daliśmy jej możliwość ucieczki.
- Nie rozumiem - stwierdził sierżant. - Wygrali z nami. - Rozbili kompanię i zdobyli nasz statek. Czemu nie próbują nas dobić.
- Nie mieliby szans na otwarty atak. Stracili za dużo sił w walce z wami sierżancie - stwierdził Palmero. - Uciekają, bo wiedzą, że następnym razem Konfederacja wysłałaby o wiele większe siły. Kolonia wytrzymałaby jakoś do tego czasu.

Więc jednak ich populacja nie była wielka, skoro zdecydowała się zająć patrolowiec i uciec na nim. Wiedział, że już nie zapobiegnie jej ucieczce. Kosmos jest naprawdę olbrzymi. Mogłaby uciec gdziekolwiek. Potrzebowała jednak planety zdolnej podtrzymać węglowe formy życia oddychające tlenem. Tak przynajmniej myślał.

Do tego musiała znaleźć taki świat szybko. Populacja jej rasy rosła dość szybko. Musiała znaleźć gdzieś miejsce w tej galaktyce, lub gromadzie. To nadal dawało tysiące światów. Dodatkowo miała teraz dostęp do wojskowej bazy danych, w pełni uzbrojonego statku i jego zbrojowni. I napędu nadprzestrzennego. Kto wie, do czego jej gatunek mógł użyć wiedzy Omnideusa. Z jednej strony cieszył się, że jego kolonia, jego córki są bezpieczne. Z drugiej zaś strony obawiał się zagrożenia, dla całej ludzkości, jakie niosło ze sobą pojawienie się tego zupełnie nowego gatunku. Gdyby tylko wiedział, strzeliłby jej w głowę, gdy Mark Drake przyprowadził ją kiedyś na urodziny jego córki, Debbie.

Jessica stała pośrodku centrum dowodzenia i wydawała pokolenia. Cały ten statek, był dla niej zagadką. Zmarnowała sporo czasu na włamanie i przeprogramowanie systemu operacyjnego. Sternicy, nie mieli wyczucia. Cieszyła się jedynie, że cały sprzęt roju, jej wszystkie dzieci i dwa transportowce w hangarze patrolowca, byli bezpieczni. Rozkazała Lexowi aktywowanie sekwencji reaktora i oglądała jak grzyb eksplozji fuzyjnej niszczył jej pierwsze „królestwo”. Następnie przeleciała nad mapą trójwymiarową i znalazła Magejon. Potem zaś farmę Drake’ów. Przybliżyła na maksymalną odległość i zdała sobie sprawę, że to jej „ojciec” i „brat”. Razem siedzieli na ławce i spoglądali w niebo. I przez chwilę, wydawało jej się, że jej ojciec przygląda się jej.
Do zobaczenia tato…

Piotr “Mały” Meler

Podobne wpisy

Odgrywanie ról społecznych
Daglas Sami i Peter
Rude Mechanicals

Brak jeszcze opinii

Napisz opinię