Opowiadania » [Opowiadanie] Królowa cz. 1/4 Piotr “Mały” Meler

Piotr “Mały” Meler

Królowa część 1

Jessica Drake wyciągnęła się w łóżku i uśmiechnęła. Dziś kończyła 16 lat i dostawała kartę kolonisty. Wczoraj dostała pozytywną odpowiedź z akademii. Wszystko szło według jej planów.
- Jessie! - usłyszała z dołu głos swojego ojca. - Wstawaj! Nie masz całego dnia na sen!
Wyciągnęła się jeszcze raz. Po okropnym śnie pozostało tylko wspomnienie. Choć od kilku dni miała koszmary, to jednak nic z nich nie zapamiętywała. Co dziwniejsze budziła się po nich wypoczęta. Wstała. Z lustra na ścianie spoglądała na nią uśmiechnięta szczupła brunetka o zielonych oczach. Szybko wskoczyła pod prysznic soniczny, a potem ubrała się. Spojrzała na swój holotab. Przeglądnęła listę i dotarła do tego co ją najbardziej interesowało.

LICENCJA NA PROWADZENIE PROMU CYWILNEGO - Przyznana

Natychmiast podskoczyła ze szczęścia. Szybko zbiegła na dół po schodach. Wpadła do kuchni, gdzie jej ojciec robił śniadanie.
- Tato! - krzyknęła. - Zdałam, mam licencję!
- Moja krew - odpowiedział jej ojciec, Mark Drake. - Ale twoje ubranie… Więcej kolorów nie miałaś w szafie?
- Tato! - powiedziała przeciągłym głosem siadając do stołu. - Nie możesz choć w tej chwili się ze mną cieszyć!
- Wybacz, ale wyglądasz jak tęcza… Musisz się tak ubierać jaskrawo.
- Taka jest teraz moda. Im bardziej się kolory ze sobą kłócą, tym lepiej.
- I dlatego twoja bluzka ma tylko z jednej strony długi rękaw?
- Tak tato.
- Jestem już na to za stary. A właśnie twoja babcia dzwoniła i powiedziała, że przesyła ci 200 kredsów na urodziny.
- Czyli mogę? - Jessie zrobiła minę proszącego psa.
- Pojadę nad jezioro i złowię trochę ryb. Nie będzie mnie do jutra…
Jessie uśmiechnęła się triumfalnie. Nic nie stało na przeszkodzie, aby urządzić imprezę. No prawie nic.
- …ale dom ma stać jak wrócę - skończył Mark. - Nie chcę powtórki sprzed roku i płonącego ścigacza przed domem.
- Tato, to nie był twój ścigacz! - wyjaśniła.
- Tak, kochanie, bo to był ścigacz szeryfa, który przyjechał was sprawdzić.
- To był Roy i Jack, nie ja!
- I Deacon - ojciec nie omieszkał wypomnieć udziału jej chłopaka w całym tym zamieszaniu. - Mniejsza z tym, kto był winny. Ty byłaś odpowiedzialna - Mark spojrzał córce prosto w oczy. - Możesz mi obiecać, że tym razem nic takiego się nie stanie.
- Na nazwisko Drake przysięgam, że nic się nie stanie - Jessie przyłożyła rękę do serca.
- Dlaczego, ja mam złe przeczucia.

Jessie uśmiechnęła się, patrząc jak jej ojciec wychodzi na zewnątrz. Skończyła śniadanie i wyszła z domu. Przed nim stały dwa ścigacze. Stary Ypelin jej ojca i nowiutki Unaj należący do niej. Wskoczyła na niego, pomachała w stronę ogrodzenia, które naprawiał jej ojciec i ruszyła ku majaczącym na horyzoncie zabudowaniom Magejon.

Magejon było oddalone od ich domu prawie 100 km, ale Jessie zawsze widziała centralny wieżowiec, który miał prawie dwa kilometry wysokości i niemal kilometr szerokości. Na dobrą sprawę, cały Magejon był właśnie tym wielkim wieżowcem, od którego dodatkowo odchodziły ramiona usługowe, biurowe i edukacyjne, każde z własną rolą. Najwyższe piętra wieżowca stanowiły zaś hangary dla promów i statków lądujących na planecie. Z daleka sam wieżowiec przypominał gwóźdź, ponieważ dach używany był jako lądowisko i część maszyn, czy to jednostek biura szeryfa, czy straży ratunkowej i tramwai powietrznych, zawsze na nim stała.

Jessie podkręciła ścigacz do 200 km/h i podniosła się na wysokość 35 metrów nad ziemię. Budowla powoli przed nią rosła. Większość ludzi na Despiod żyła na farmach takich jak jej. Wszyscy w odległości nie większej niż 200 kilometrów od Magejonu. Razem było ich około 25 tysięcy. Magejon był centrum kolonialnym. Była to zwykła praktyka Wspólnoty kolonialnej, posiadającej tysiące takich światów jak ten. Ludzie zamieszkiwali na światach takich jak Despiod, niewielki skrawek planety, próbując nie zakłócić równowagi biologicznej, nadmiernym przekształcaniem planety.

Po mniej niż półgodziny, była na miejscu. Zwolniła do 20 kilometrów i zmniejszyła pułap na 30 cm, poruszając się kładką dla ścigaczy. Była teraz w przestrzeni parkowej Magejonu, oddzielającego strukturę od pól i łąk farmerów. Jessie minęła grupę ludzi na ścigaczach, okrążyła staw i znalazła się przy skrzydle edukacyjnym struktury. Zostawiła ścigacz w wyznaczonej strefie i ruszyła do windy.
- Hej, hej! - ktoś złapał ją za ramię. - Gdzie to się wybieramy! Szkoły już nie ma!

Odwróciła się. Stał przed nią wysoki blondyn. Uśmiechnęła się, stanęła na palcach i pocałowała go. Chłopak uśmiechnął się.
- I co gotowa na wieczór - zaczął. - Będzie jazda!
- No właśnie - westchnęła. - Miałam z ojcem rano pogadankę.
- Dziwisz mu się - odpowiedział. - Gdyby to był mój staruszek, to do końca świata trzymałby mnie w szlabanie.
- Deacon!
- No co?
- Mam ci przypominać kto przyniósł piwo w zeszłym roku?
- Ja - dodał niepewnie.
- I kto namówił Jack’a i Ray’a?
- Znowu ja - kontynuował głosem niewinnego szczeniaka.
- Wiesz jak Alice wkurzyła się na ojca? Już i tak widuję rzadko mojego małego braciszka.
- Przecież mamy to już za sobą - stwierdził. - Nie odzywałaś się do mnie kilka tygodni za karę. Pamiętasz? - - Chyba jesteś dzisiaj zdenerwowana. Coś się dzieje?

Jessie popatrzyła na niego. Chciała z kimś porozmawiać o swoich snach
- Ostatnio mam problemy ze snem - zaczęła. - Budzę się rano i nie pamiętam co mi się śniło i…
- Co w tym dziwnego? Ja nie pamiętam większości moich snów.
- To co innego. Wydaje mi się, że mam ten sam sen od kilku dni. Gdy o nim tylko pomyślę zaczynam się bać, ale nie mogę go sobie przypomnieć.
- To pewnie zwykły stres. Tyle kułaś na te licencję i aby się dostać do akademii - pocieszył ją. - No właśnie masz już wyniki?
- Tak - ponownie się uśmiechnęła, próbując zapomnieć o snach. Wsiedli do windy i wcisnęła guzik na siódme piętro. - Patrzysz na młodszego pilota promów cywilnych lekkiej klasy wagowej.

Deacon parsknął ze śmiechu.
- To nie jest śmieszne! - walnęła go plecakiem.
- Jest, jest. - odpowiedział. - Powiedziałaś to z taką pompą. Ale gratuluję. Jesteś pierwszą dziewczyną jaką znam, która została pilotem statku kosmicznego.
- Szowinista!
- Hej, to był komplement!

Winda zatrzymała się. Jessie uśmiechnęła się do Deacona, pocałowała go i ruszyła w stronę sali od biologii. Siadła na swoim miejscu i włączyła interfejs holograficzny. Nauczyciel, pan Jarhov poczekał jeszcze pięć minut, aż ostatni z dwudziestu pięciu członków grupy lekcyjnej pojawi się na miejscu.
- No dobra - zaczął jak zwykle suchym głosem. - Muszę powiedzieć, że mnie zaskoczyliście. Wszyscy przeszliście „Federalny test biologiczny”, czyli zdaliście te zajęcia. Wyniki na pewno dostaliście już mailem. Teraz został tylko „Test naukowy biologiczny”. Przypominam, że ten test nie zaważy już na waszych ocenach, ale będzie stanowił podstawę dla wskazanych przez was uczelni wyższych. Dziś powtórzymy część zagadnień, aby na teście nie było niespodzianek.

Jarhov włączył projektor holograficzny. Ukazał się sylwetka kobiety i mężczyzny, trzymających dziecko.
- Na początek - nauczyciel, rozglądnął się po klasie. - Panna Drake. Terranogeneza.
- Terranogeneza, czyli zbiór teorii, na temat pochodzenia i ewolucji ludzi, czyli Terrus Sapiens w stanla. Naukowcy spierają się wciąż ze sobą na temat pochodzenia człowieka. Są trzy główne teorie. Najstarsza i obecnie najbardziej krytykowana to teoria Terrańska. Mówi ona, że człowiek, jako gatunek wyewoluował na pojedynczej planecie o nazwie „Terra” lub „Ziemia”, znajdującej się gdzieś w galaktyce drogi mlecznej i co najmniej 60 tysięcy lat temu wywędrował stamtąd w stronę galaktyki Pegaza, gdzie założył sześć koloni, znane dzisiaj jako światy centralne. Miałoby o tym świadczyć mała ilość używanych przez dzisiejszych ludzi języków, wspólna mitologia „Exodusu terrańskiego” i wspólne nazewnictwo galaktyk i planet.
- Dobrze, a kolejne dwie?
- Kolejna teoria jest uznawana przez większość naukowców. Teoria uniwersalna, mówi że ludzkość wyewoluowała jako oddzielne gatunki naczelnych na światach centralnych i około 60 tysięcy lat temu, światy te stały się koloniami zaawansowanej cywilizacji, znanej jako Syrenidzi. Syrenidzi wymieszali ze sobą populacje sześciu światów, doprowadzając do unifikacji gatunkowej. Za tą teorią przemawiają ślady kości prymitywnych naczelnych na światach centralnych i wykazana dzięki badaniom genetycznym ciągłość ewolucyjna ludzkości z ekosystemami tych światów. Ostatnia teoria, tzw. genetyczna mówi, że ludzie zostali stworzeni przez Syrenidów, ale obecnie większość badaczy uważa ją za błędną. Przemawia tylko za nią argument tzw. przekształcenia klimatycznego, który zakłada, że większość odkrytego najwcześniejszego materiału kostnego człowieka pojawia się w jednym momencie, a nie jest jak nakazują prawa przyrody rozciągnięta na większy czas.
- Pięknie, ale nie zmieści się pani na taśmie tyle gadając.

Cała klasa roześmiała się. Jessie zarumieniła się. Nauczyciel zadał jeszcze kilka pytań na temat obcych, rodzajach kodu biologicznego, różnicach między DNA a wiązaniem krystalicznym.

Po 45 minutach była już wolna i maszerowała ku kafejce w łączniku między skrzydłem edukacyjnym, a wieżowcem. Usiadła przy przeszklonej ścianie z widokiem na park. Podpięła holotab do stolika, wybrała przez hologram kawę i cistko z kremem. Następnie zaczęła przeglądać testy z języków obcych:

Standardowy angielski - STANDEN - 55/65
Standardowy łaciński - STANLA - 59/65
Standardowy chiński - STASIN - 50/65

Uśmiechnęła się. Nie było tak źle, jak myślała. Poszło jej całkiem dobrze.
- Cześć siostra - przysiadł się do niej czternastolatek w czarnych jak noc włosach. - Co robisz - wziął jej ciastko, które właśnie przybyło na stół, przy drobnej pomocy robota.
- Hej to moje - wyrwała mu za nim zdążył je zjeść. - Ray! Nie powinieneś być teraz na zajęciach?
- Spokojnie, mam wszystko pod kontrolą.

Jessie, popatrzyła na niego z miną „jasne”. Otworzyła ciastko i zaczęła wyjadać krem.
- Słyszałam jak ojciec gadał z Alice o twoich stopniach i nie był potem w najlepszym humorze.
- Jak już mówiłem, mam wszystko pod kontrolą. A właśnie! - zanurkował do plecaka i wyjął małą kulkę. - Prezent urodzinowy - podał jej kulisty przedmiot.
- Co to?
- Kulka doodbyt…
- Fuj! - Jessie wstała na równe nogi, a Ray zaczął się głupio śmiać.
- Starsze siostry są takie głupie - śmiał się dalej. - To część do twojego ścigacza. Dezaktywator blokady. Będziesz mogła dzięki temu lecieć szybciej niż 250 na godzinę i wyżej niż sto metrów.

Jessie siadła obrażona i odpowiedziała ściszonym głosem.
- Po pierwsze, latanie z większą szybkością i na wyższym pułapie by mnie zabiło. Po drugie - zaczęła literwoać. - t o z a b r o n i o n e! Jak mnie złapią na przerobionym ścigaczu to mogę nawet stracić licencję pilota.
- A kto ciebie tu złapie. Wystarczy, że będziesz latać nad obszarem dzikim, zamiast nad polami. Tam nikt nie monitoruje, no i frajda jest większa.
- Ta. Wypadnę, ze ścigacza i zginę gdzieś na pustkowiu. O ile uda mi się go zamontować.
- Mogę wpaść po zajęciach i…

Jessie wiedziała już co się święci. Schowała kulkę do torby.
- Ojciec i Alice dali mi jasno do zrozumienia, że masz się trzymać z dala od mojej imprezy, ale niezła próba.

Wstała od stołu.
- O rany, 20 kredsów do tyłu - skwitował Ray.
- Dzięki za prezent braciszku - pocałowała go w policzek.
- Fuj, pocałunek od siostry. Mam jeszcze 24 godziny życia
- Raczej 10 do 12stu. Spadam.

Jessie udała się na basen, gdzie już czekały jej koleżanki. Przepłynęła parę długości, a potem siedziała razem z nimi pod ścianą.
- Patrz na Amandę - powiedziała Debbie, wskazując piękną blondynkę po drugiej stronie hali. - Chciałabym mieć takie ciało jak ta czarownica.
- Co znowu się stało? - zapytała się Jessie.
- Jak zwykle, ona i jej kumpele odgrywały spektakl „my najpopularniejsze laski na tym świecie, mamy was w d…ie” - odezwała się Natalie.
- Bycie pięknym to nie wszystko - odpowiedziała Jessie.
- Ci jest łatwo. Jesteś i piękna i do tego mądra. Jesteś już na liście akademii - zaczęła wyliczać Debbie. - …i ukradłaś Amandzie sprzed nosa Deacon’a Hallows’a
- Hej! - oburzyła się Jessie. - Wcale jej nie ukradłam. Nie nosił na sobie etykietki z jej imieniem.
- Debbie chce powiedzieć, że odkąd cię znamy - zaczęła Natalie. - Wszystko przychodziło ci zgrabnie i szybko. Cokolwiek robiłaś, to robiłaś bez wysiłku i lepiej niż dobrze. Ja siedzę nad książkami całe dnie, maluje się godzinę, dobieram ubrania jeden wieczór przed wyjściem, a ty i tak jesteś lepsza.
- Chyba nie jesteście na mnie z tego powodu złe - powiedziała zakłopotana Jessie.
- Nawet sytuację potrafisz rozładować - dodała Natalie. - Zero słabych punktów.

Jessie pożegnała się z dziewczynami i po basenie ruszyła ku swojemu ścigaczowi. Stał w wyznaczonej strefie, a na nim siedziała Amanda z koleżankami. Westchnęła. Już nie pamiętała kiedy zaczęła się ta bezsensowna rywalizacja, ale było to na długo przed Deaconem. Amanda była jakoś zawsze jej obca i jakby wroga. Jakby coś ją zawsze pchało do konfliktu z nią. Ilekroć Jessie i jakiś chłopak się ze sobą całowali, to wkrótce okazywało się, że Amanda interesowała się nim wcześniej. W końcu Amanda zaczęła rozsiewać plotki, o tym, że Jessie się puszcza, ale niewiele osób chciało jej uwierzyć.
- Ekhem - chrząknęła.
- Miętówkę? - uśmiechnęła się Amanda. - Masz okropny kaszel kochanie. Może powinnaś pójść z tym do lekarza. Twoje gardło musi cię boleć - koleżanki Amandy zaczęły się śmiać
- Raczej, zejdź z mojego ścigacza, albo pójdę po ochronę - odpowiedziała Jessie.
- Zawsze jesteś tą dobrą - odpowiedziała Amanda. - Nie chce ci się rzygać od tego udawania.

Amanda i jej koleżanki zeszły ze ścigacza i ruszyły ku skrzydle Magejonu. Jessie wsiadła na ścigacz i ruszyła kładką przez par, następnie wzbijając się w powietrze i ruszając do domu.

Gdy przybyła na farmę Drake’ów, jej ojca już nie było, więc mogła w spokoju przygotować imprezę. Około godziny 19, pojawili się pierwsi znajomi.

Jessie zaprosiła kilkanaście osób, ale jak zwykle przy domowych imprezach przyszło dwa razy tyle. Przyszli Deacon i jego najlepszy kumpel Jack. Jack był postawnym osiłkiem, o szczęce, barach i łapach goryla. Jessie popatrzyła na niego wymownie i przypomniała incydent sprzed roku. Ten zaśmiał się głupkowato. Gdyby nie fakt, że szeryf Raynolds był ojcem Jack’a, to tamta noc skończyłaby się na pewno gorzej, co nie zmieniło i tak złego zdania, jakie miała o Jack’u.

Impreza rozkręcała się powoli. Deacon i Jack przynieśli piwo i jak przekonywali Jessie, tym razem, powinno się obejść bez żadnych problemów. Około północy, połowa gości była już wstawiona. Nie tak planowała swoje urodziny. Natalie leżała na podłodze, nieprzytomna. Debbie, zniknęła gdzieś z Michaelem Taskiem. Deacon i Jack, zalani w trupa śpiewali pijackie piosenki. Jessie nie wytrzymała i wyszła na zewnątrz. Przeszła się na skraj lasu i przeskoczyła przez płot. Stała tak przez chwilę i wpatrywała się w gwiazdy. Gdyby ojciec zobaczyłby co się teraz dzieje w ich domu, to by się źle skończyło.

Piotr “Mały” Meler

Podobne wpisy

[aLManach] Threefold Model dla opornych (część 2)
[Epickie opowieści] Lutnia – czyli Eldiriada kariera pieśniarza
Tajemnica Psychiatryka cz. 1/4

Brak jeszcze opinii

Napisz opinię