Wstęp Herezja niszczy społeczeństwa od środka. Innowiercy rujnują ład, rujnują spokój, doprowadzają ludzkość do upadku. Na miejsce jednego wytępionego kultu przypadają dwa… nie, trzy następne, a chaos zbiera swe żniwo. Jak nisko upadł ten kraj… Kim jestem, by głosić takie sądy? Gdybym urodził się w innym czasie, w innym miejscu i w innej rodzinie zapewne zwano by mnie Inkwizytorem. Moja władza byłaby niemal nieograniczona, a ci, którzy zdradzili Najwyższego, drżeliby na samo wspomnienie mego imienia. Taaaak… Świat byłby lepszy. Muszę jednak zadowolić się tytułem Strażnika Świątyni. Nie posiadając wpływowych popleczników, ani majątku wystarczającego by wkupić się w łaski Najwyższej Rady, nigdy nie uda mi się wspiąć wyżej. Nie pozwolę jednak, by ograniczyło to i spowalniało moje działania. Przyświeca mi wyższy cel. Bez realnej władzy i wpływów, działając na wpół legalnie, tropię tych, którzy odstępują z właściwej drogi. Tych, którzy wybrali chaos…
***
Panie Morres, odnaleźliśmy kolejny ślad! - Wytrącony z zamyślenia mężczyzna natychmiast obrócił się w stronę drzwi. Odgarnąwszy z twarzy włosy będące, wbrew świątynnym zwyczajom, w wiecznym nieładzie wpatrzył się świdrującym spojrzeniem w rozmówcę.
-Ślad?
-Tal odnalazł kolejne zwłoki. Naznaczone tym samym symbolem, co pozostałe.
-Trójkąt wpisany w siedmioramienną gwiazdę?- upewnił się Hans Morres wstając z krzesła.
-Tak, panie. Równie staranny malunek co zwykle. Znaleźliśmy też mały liścik.
-Jaki liścik? Przeczytałeś go? Mów, szybko!
-Jest zapisany jakimiś nieznanymi symbolami, przykro mi, pan…
-Dawaj go. - Hans powoli tracił nad sobą panowanie. Od niemal pięciu tygodni prowadził śledztwo z ramienia Świątyni w sprawie ostatniej serii morderstw. Prawdopodobnie kolejny plugawy kult znalazł swe siedlisko w mieście.
-Hmmm… Rzeczywiście nie damy rady tego odczytać. Ta kartka była w kieszeni ofiary?
-Znalazłem ją tuż przy zwłokach, panie, ale mogła mu wypaść z kieszeni.
-Szlag. W takim razie liścik mógł równie dobrze należeć do mordercy. No trudno, więcej dowiemy się, gdy poznamy jego treść. Przerysuj wszystkie symbole i zawiadom Abneta, ma znaleźć kogoś, kto odszyfruje tą wiadomość. Do końca tygodnia chcę znać treść tego listu.
-Jak każesz, Panie.
***
Hans Morres był wściekły. Świątynia odmówiła wsparcia go zawartością skarbca akurat wtedy, gdy pilnie potrzebował kolejnej porcji funduszy. Był coraz bliżej rozwiązania zagadki i wytropienia plugawego kultysty - mordercy. Brakowało mu jednak kolejnych poszlak. Każde zabójstwo wyglądało tak samo. Jedynie przy pierwszej ofierze symbol namalowany na zwłokach był odrobinę krzywy, jakby malowała go niewprawna ręka. Zabójca zgubił również narzędzie zbrodni - lekko pordzewiały, żelazny sztylet z odłamkiem onyksu w rękojeści, który obecnie spoczywa w szafce w domu Strażnika. Niestety, napastnik zapewne przeanalizował swe błędy i od tego czasu nie znaleziono na miejscach zbrodni niemal nic, nie licząc tajemniczej notki. Jedyne, co poprawiało Hansowi humor, to perspektywa oglądania z bliska wykonania wyroku na jednym z niedawno złapanych kultystów Drogi, będącej bardziej bandą pomyleńców, niż kultem. Nieważne, czy młodzik zdążył splamić się modlitwą do ich plugawego bożka. Wszyscy są winni, dopiero Najwyższy oddzieli ziarna od plew, oddzieli prawych od spaczonych chaosem…
***
Dwa dni później odnalazł się tłumacz. Jeden z przebywających w stolicy artystów, słynny poeta Markus de Lental, sześćdziesięcioletni staruszek z południowych krańców Imperium, przetłumaczył wiadomość. Liścik, jak się okazało, napisano po starokorsjańsku. Korsja była niegdyś małym, niewiele znaczącym państewkiem pełnym staromodnych zakonów rycerskich, które podczas podbojów przemieniono w placówki Świątyni, obecnie zaś jest malutką częścią Imperium Dornu, położoną na południowym jego krańcu, sąsiadującą z Arkanią i Kortianą, za którymi rozciągała się pogańska kraina zwana Waradią, Plugawą Ziemią. Kawałek pergaminu zawierał jedynie krótką notkę „Kadmos, Cmentarz Markiański w dniu Świętej Mariki, o północy”.
***
W mieście Kadmos
2 dni później
-Panie, tak nieliczna eskorta? Przecież nie mamy pojęcia z kim mam do czynienia! A jeśli…
-Milcz, Abnecie. Nie mamy czasu na dyskusję. - Hans zamilknął na chwilę widząc zmieszanie na twarzy swego druha i podopiecznego - Biorę ze sobą Havanela i Bartana. Ukryją się na terenie cmentarza i będą czekać na rozwój wydarzeń. Jeśli złapiemy autora tego listu zyskamy kolejną wskazówkę. Wreszcie…
***
Nadchodziła północ. Hans nie mógł się doczekać spotkania. Oświetlona zaledwie płomieniami lampionów przestrzeń cmentarza wzbudzała strach w sercach większości mieszkańców. Jednak nie Hansa, którego umysł skupiony był na czym innym. Skupiwszy się na wizji złapania mordercy niemal stracił kontakt z rzeczywistością. Rozważania przerwał mu odgłos ludzkich kroków.
Zmierzająca w stronę Strażnika postać była dosyć niskiego wzrostu i krępej postury. Ubrany w, o ile dobrze dostrzegał, ciemnoczerwony płaszcz człowiek zdawał się stale rozglądać na boki. Gdy nieznajomy znalazł się zaledwie kilka kroków od Morresa zatrzymał się i przemówił cichym głosem, wolno wymawiając każde słowo, jakby samo mówienie sprawiało mu ból.
-Jednak przybyłeś, dziecko… Pośpieszmy się, chodź ze mną, prędk… - nagle przerwał i odsunął się krok w tył.
-Nie jesteś tym, z kim miałem się spotkać. Odrzuć kaptur, nieznajomy! - zanim zdążył się zastanowić nad tym, co robi, Hans wykonał polecenie i sięgnął po wiszący u boku rapier.
-Pójdziesz ze mną… starcze - dodał, gdy rozmówca również zrzucił kaptur odsłaniając starą, pomarszczoną twarz, w której szczególną uwagę zwracały lodowato błękitne oczy i blizna na lewym policzku.
-Kim ty jesteś, dziecko? Dlaczego nie ma tu tego chłopca? - mężczyzna wyciągnął w stronę Morresa dłoń, a ten odsunął się krok wyciągając ostrze z pochwy.
-Człowiek, o którym mówisz, został zabity. Znaleźliśmy u niego notkę świadczącą o tym spotkaniu, stąd moja obecność. - Hans ponownie wypowiedział swe słowa zanim zdążył o nich pomyśleć, po czym, odzyskując pewność, dodał - jedziesz ze mną do Tarnagu, w siedzibie Świątyni osądzimy twój udział w ostatnich mordach.
-Świątynia? Nie żyje? Chłopcze, ty nie wiesz, o czym mówisz… - zamilknął na chwilę, po czym odezwał się podobnie, jeszcze ciszej niż wcześniej - czyżby aż do tego doszło?
-O czym ty bredzisz? - w chwili, gdy starzec ponownie uniósł dłoń w jego stronę Hans odsunął się kolejny krok i poczuł dziwne odczucie, jakby… ból? A chwilę później lodowate zimno.
-Tego się obawiałem… Dla ciebie jest już za późno. - rzekłszy to staruszek uniósł drugą dłoń i spojrzał prosto w oczy swemu rozmówcy.
-Kim ty… Czarownik? Nieee… Egzorcysta? Bez… licencji? - Morres stał jak wryty pod wpływem owego lodowatego spojrzenia.
-W tym świecie są siły, o których nawet nie masz pojęcia, chłopcze. A teraz milcz! - świdrujący głos rozbrzmiewał w głowie Hansa dobrych kilka sekund, po czym usłyszał dalsze słowa - Trzeba go zniszczyć.
-O czym ty…? Aaa! - Hans rozdarł się tak, jak ryczy ranne zwierze. W okrzyku tym było coś pierwotnego, coś… nieludzkiego. Odejdź w niebyt, istoto chaosu - usłyszał cichy szept, który po chwili zmienił się w krzyk rozsadzający mu czaszkę.
-Nieee… Czemu ty…? Coś go trzyma… - staruszek wyjęczał słabym głosem, po czym wpatrzył się we wbity w jego pierś z nieludzką szybkością sztylet.
-Ale… skąd on… ja go nie brałem… - wyjęczał Morres wpatrując się z przerażeniem w rękojeść sztyletu, w kawałek onyksu zdający się emanować czymś dziwnym, a jednocześnie przyjemnym… jakby… ciepłem?
-To on… Ty… Ty jesteś… - wycharczał mężczyzna słabym głosem - opętany!- słowo to, pomimo faktu, że wypowiedziane zostało cichym szeptem umierającego starca, wibrowało w głowie Hansa sprawiając mu ból. A nagle… zapadła cisza. Cisza i… ciemność, które zdawały się trwać wieczność.
Gdy Morres odzyskał zmysły spostrzegł leżącego u jego stóp Adepta Świątynnego Bartana. Z przerażeniem dostrzegł też, iż koniec jego rapiera wbity jest w coś wbity. Wbity w bok jego druha, z którym dawniej zadawał egzaminy w Świątyni, Havanela. Zawył, wyszarpnął ostrze i pobiegł. Pobiegł prosto przed siebie, zostawiając konie, pobiegł nie myśląc, a w jego uszach dźwięczał tylko śmiech. I jakby cichy… płacz?
Epilog
Abnet siedział na fotelu przy kominku wpatrując się w leżący na stoliku pergamin. Głowa kotłowała mu się od natłoku myśli, serce zaczynało bić coraz szybciej. Po chwili wstał i podszedł do okna uchylając je lekko i pozwalając, aby owionął go chłodny powiew. Ciekawe jak czuł się w tej sytuacji pan Morres - pomyślał, po czym zganił się za to pytanie. O Hansie Morresie nie wolno było mówić zarówno poza murami Świątyni jak i w jej obrębie. Nie należało nawet o nim myśleć. Wyklęty przez Świątynię, okrzyknięty zdrajcą, mordercą i heretykiem, odpowiedzialny za zabójstwo dwójki osób, w tym Adepta Świątynnego, podejrzewany o zabicie kilkunastu innych, obwiniany za doprowadzenie do śmierci Strażnika Havanela… Nie… Abnetowi nie wypadało nawet wspominać imienia zdrajcy, a już na pewno nie w taki dzień. Na pewno nie w dzień, w którym ogłoszono, iż zostanie mianowany Strażnikiem Świątynnym…
Epilogu ciąg dalszy
Słońce powoli zachodziło. Pani Bermant, wdowa po zmarłym Juliuszu Bermant, zasłużonym oficerze w oddziałach dragoni, wracała z czterodniowego pobytu u siostry. Niemal czterdziestoletnia kobieta raźnym krokiem podeszła pod płot swego domostwa. Państwo wypłacało jej wystarczającą rentę po zmarłym wojaku, aby mogła żyć na przyzwoitym poziomie i pozwolić sobie na kilkuosobową służbę. Elżbieta Bermant nie była jednak rozrzutną, ani tym bardziej leniwą kobietą. Zatrudniała zaledwie jedną służkę, której też często pozwalała wyjeżdżać, aby odwiedziła rodzinę i chorą matkę. Tak samo, na prośbę dziewczyny, zrobiła w dzień własnego wyjazdu.
Hmmm… Powinna wrócić najpóźniej jutro. - mruknęła sama do siebie, jak to miała w zwyczaju.
Otworzywszy furtę kluczem podeszła pod drzwi i weszła do mieszkania. Pomimo kilkudniowego zaniedbania było w dobrym stanie, co jeszcze bardziej poprawiło jej humor. Radosny uśmiech spełzł z jej twarzy dopiero wtedy, gdy w swojej sypialni, tuż obok zbitego okna, znalazła zwłoki powieszonego mężczyzny o zarośniętej, upiornie wyglądającej twarzy najgorszego nędzarza. Dopiero później okazało się, iż ów nędzarz przynależał do szlachty, czemu nigdy nie mogła się nadziwić. A pochodził on z rodu Morres…
Michał Athan Leoniec, michalleoniec@interia.pl
[Epickie Opowieści] Złoto
[Opowiadanie] Wędrdowca cz.1 Krzysztof "Vitalius" Pawłowski
[Opowiadanie] Królowa cz. 3/4 Piotr “Mały” Meler
Napisz opinię