Opowiadania » [Opowiadanie] Bo źli ludzie są na topie

- Niech mi broń w rękach zardzewieje, jeżeli ten gnój naprawdę mnie wykorzystał. Jak Ja mogłem być tak głupi, aby zaufać tym kanaliom z bractwa? Zrób to, zrób tamto. Przyjdź, pójdź i pozamiataj. Niech to cholera jasna porwie z wieczystego nieba i skazi ich truchła, aby ich potomstwo było spaczone!-

Głos mężczyzny cicho przeszywał puste pomieszczenia kilku piętrowego budynku i wylatywał, jako niezrozumiały pomruk na puste ulicy Debri. O tej jesiennej porze roku mało było żywych dusz na ulicach, zwłaszcza, gdy z daleka słychać było maszerujący oddział zbrojnych. Ton skulonego mężczyzny jednak nie cichł, ale przybierał na sile.

-Nie kurwa, nie tym razem. Jeżeli Lordzie Avston myślałeś, że wykorzystasz upadłego zakonnika, który i tak nie ma już nic do stracenia, a potem, tak po prostu, zamkniesz go lub zabijesz. Tylko po to, aby uchronić własne dupsko zleceniodawcy, to się grubo mylisz!-
Po tych słowach poprawił zwisające lekko noże na piersi i zapamiętał wysokość i położenia miejsca, w którym kucał. Potem zszedł na dół, aby rozstawić kilka prostych pułapek. Koło drzwi głównych i tylnich położył zatrzaski, takie na niedźwiedzie. Aby te kutasy długo musiały wyciągać resztki kończyn swych zemdlałych kolegów.

Pogoda była idealna na śmierć. Jesienna żółć oraz często i gęsto padający deszcz, który i tym razem nie szczędził kropel, był jak znalazł na pogrzeb człowieka, który w ciągu jednej minuty przekreślił wszystko, co do tej pory osiągnął.

W strugach deszczu Nevare widział szaro-ciemne emblematy bractwa, które jak śmierć miały przypominać mu o zbliżającym się końcu. Jednak ten prosty i bogobojny zakonnik, który popełnił w życiu tylko jeden błąd, za który musiał cierpieć już wieczność, nie bał się.Wręcz przeciwnie. Czuł podniecenie i wiarę w słuszność swego działania. Że tym razem to nie On zawinił. Tym razem to właśnie On! Padł ofiarą grzechu i braku zahamowań! Teraz mógł słusznie się bronić i mordować, w imię sprawiedliwego sądu. W imię Równowagi!

Z jego zaciśniętych ust, gdy pachołkowie zakonu otaczali dom, padły głośne i donośne słowa.

-W imię Równowagi! W imię Zakonu!-

Wtem, ktoś krzyknął.

- Poddaj się Nevare! Budynek jest otoczony i każdy twój ruch będzie zauważony!-

-To ten syn suki, Avston. Pewnie pomyślał, że gdy będzie obecny przy moim pojmaniu dostanie jakieś odznaczenie, a może i nawet awans! Cholerny cymbał! Nie takich oszustów zakon tępił od lat.- Nevare pomrukiwał pod nosem, aż w końcu przerwał ciszę krzycząc w przez strugi deszczu.

- Pieprz się Ty i te Twoje żulowate bractwo!-

-Jak zwykle potrafisz z perfekcją zrobić sobie wrogów, nawet z najlepszych przyjaciół! Zrób, co każe, a sąd będzie przychylnie patrzał na dożywocie niżej na kare śmierci!-

Były zakonnik nie marnował czasu. Musiał przyszykować jeszcze woreczki z duszącym proszkiem. Inaczej przewaga wroga będzie zbyt duża, aby wyjść z tego cało. Zwłaszcza, jeżeli ten dupek przyniósł ze sobą jakieś Specjalistyczne wsparcie. Ale musiał też robić wrażenie przestraszonego, może nawet zdezorientowanego lub szalenie odważnego. Dlatego po chwili krzyknął!

-Przestać pieprzyć! –

Avston spojrzał na dom. Ocenił zagrożenie tak jak mógł, czyli z zewnątrz i powiedział do pierwszego adiutanta.

-Zavi, weź czterech ludzi i zaatakuj od frontu, grupa Morwa niech zaatakuje od tyłu. Jeżeli będzie to możliwe, macie pojmać go żywcem. Zrozumiano?-

-Tak jest!-

Po tych słowach pierwsza grupa giermków bractwa, wkroczyła frontem, druga zaś tylnymi drzwiami. Z budynku nagle zaczęły dochodzić odgłosy walki i krzyki. Po kilkunastu sekundach z drugiego piętra wypadł jeden z ludzi, którzy wkroczyli tylnym wejściem. Nie miał miękkiego lądowania. Po następnych minutach słychać już było urywane wołanie o pomoc, a potem już tylko cisza.

Lord Avston stąpał z nogi na nogę denerwując się, co raz bardziej i wypatrując swoich ludzie, którzy ciągle nie wychodzi ze środka. Po kolejnej minucie Nevare zawołał, wycierając zakrwawioną twarz, kawałkiem tuniki jednego z giermków bractwa.

- Co to miało być?-

- Nevara kurwa! Nie igraj ze mną!-

-Jeżeli to miały być Twoi ludzie, to rzeczywiście musisz być cholernym cieniasem!-

Avston był wysokim i dobrze zbudowanych mężczyzną, jednak jego budowa nie przekładała się na wiedzę i inteligencje. Był typowym człowiekiem, który urodził się będąc kimś jednak nie miał w głowie tego, co mieć powinien, na takim stanowisku. Nie mówiąc już o nerwach, które miał, mówiąc lekko, poszarpane przez problemy z narkotykami, a mówiąc konkretnie z Noelem. Dlatego z zaciśniętymi zębami mamrocząc jakieś przekleństwa pod nosem, w końcu szepnął do dziwnego mężczyzny stojącego za jego plecami.

-Spal tą budę aż do fundamentów!-

-Tak, Lordzie-

Owy mężczyzna z szarej szacie wyszedł naprzeciwko budynku z podniesionymi rękoma. Po kilkunastu sekundach nad jego głową, a pomiędzy dłońmi zaczęła pojawiać się i pulsować jasna kula ognia. Nie trwało to długo, kiedy mężczyzna miał w dłoniach pocisk wielkości melona, płonący i plującą iskrami. Jego głos z każdą chwila przybierał na sile, a kula zaś stawała się, co raz większa. W końcu, gdy ten już przymierzał się do rzutu z okna po lewej, na drugim piętrze wyleciał nóż trafiając maga prosto w głowę. Padł jak stał.

Nevare miał kilka sekund, aby przygotować się do ostatniego manewru. Miał nadzieje, że dobrze zapamiętał wysokość i odległość tego bruku, z drugiego piętra.

-KURWA! Jest na drugi piętrze po lewej! Wszyscy do ataku!-

Lord nie wytrzymał i sam z niespotykaną wściekłością i pianą w ustach rzucił się w szaleńczym biegu do domu. W sumie było ich może z dwudziestka, wbiegli do mieszkania i jak szarańcza rzucili się na schody na drugie piętro. Nie zdążyli zareagować, kiedy w koło nich wysypał się dziwny proszek. W ciągu kilku chwil duża część szturmujących kaszlała i dusiła się na schodach, kiedy kolejni próbowali dostać się na górę. Gdy jakimś cudem Avston dostał się na drugie piętro z kilkoma oszołomionymi giermkami, zobaczył Go stojącego przy oknie. Stał z obnażony i zakrwawionym, zakonnym mieczem.

-No Panowie! Dla każdego wystarczę!-
Nevare syknął nonszalancko, a gdy po tych słowach pierwsza czwórka żołnierzy bractwa rzuciła się na nieprzyjaciela, ten wyskoczył przez okno.

Skok z drugiego piętra nie był przyjemny, ból kolana i skręcona kostka lewej nogi była tego efektem. I mimo ran, które dostał wcześniej zaczął biec, śmiejąc się pod nosem. Biegł, póki starczyło mu sił. Obraz zaczął się kołysać we wszystkie strony, pot sklejał mu rzęsy, a oczy same zaczynały “zasypiać”. Ale cieszył się, gdy teraz, słyszał za sobą krzyk tego sprzedawczyka…

-NEVARE! DOPADNE CIE, GNOJU!-

Krzysztof “Vitalius” Pawłowski

Podobne wpisy

Steampunk w prasie
[Scenariusz] Projekt: Amundsen
Korona cz. I

Brak jeszcze opinii

Napisz opinię