Opowiadania » Kapitan Moljarte

I.Połknięci przez Otchłań

- Kapitanie! Luk magazynowy przecieka! Główny maszt zerwany, sternik nie żyje a resztki naszych okrętów odpływają! Kapitanie! Na zęby Gaha … !– Do krzyczącego bosmana, odwróciła się mokra od słonej wody twarz. Czarne jak czeluści otchłani włosy zakrywały zmarszczone czoło, jego głos był jak piorun w czasie ciszy. Wokół wrzała walka a abordaż jednego z pirackich okrętów stał się prawdą. Nie dało się w jego głosie wyczuć krzty strachu, w jego oczach nie było miejsca na panikę.
- Imeshia nie odpłynie. Walczymy do końca. Ustawić kusze na pomoście, strzelać na mój rozkaz, w kierunku mostków przechwytujących. Niech te morskie kundle, wejdą na mój okręt. Może i będzie to ostatnia walka, ale Hetrion mi świadkiem! Że nie będzie nikogo, kto chwalić będzie się tym zwycięstwem.
Zażarta walka trwała jeszcze z godzinę kiedy z zachodu nadciągnęła olbrzymia burza. Większość z Imeshiyjskiej floty zdołała już opuścić pole walki, pozostawiając w tyle kilka doszczętnie spalonych i zniszczonych okrętów. Straty w ludziach były olbrzymie a piracka flota zdołała zdobyć dwa statki, typu „Ciężki Pielgrzym”. Imeshia tego dnia poniosła dotkliwe straty, lecz o tym wiedzą tylko ci którzy zdołali uciec z trwogi i strachu, ale nie kpt. Moljarte Blayk. On i jego okręt „Aneriia” byli ostatnimi którzy mieli zejść z tej krwawej sceny, tego  apokaliptycznego przedstawienia.
Jednak wola bogów była inna niż śmierć na swoim pięknym okręcie. Niektórzy marynarze jak i sam kapitan mieli inne przeznaczenie. Gdy nastała burza a deszcz ulewny zaczął utrudniać szermiercze wyczyny walczących, na pokładzie zaatakowane okrętu Imeshi, sztorm przerósł najśmielsze oczekiwania. Oba okręty, połączone drabinkami i linami przygotowanymi do abordażu, chwiały się i kiwały jak szmaciane lalki na wietrze. Wtedy w jeden z statków uderzył piorun.
Kajuta dowódcy korsarzy buchnęła płomieniami , a sami piraci zlękli się gdy ich kapitan z wrzaskiem wpadł do oszalałego morza. Morale łamały się po obu stronach gdy w „Aneriie” uderzył kolejny piorun, podpalający jedyny ocalały maszt. W wrzawie bitwy słychać było krzyki i przekleństwa. Panika mieszała się z heroizmem a agonia z triumfem . Po kilkudziesięciu minutach na polu walki ostały tylko dwa statki. Wszyscy uciekli, tylko nie „Aneriia” i „Martwa mgła”, jak kochankowie przytuleni do siebie.
Ogień szalał wszędzie, wrzask i szczęk broni tworzyły istną symfonie poległych. Ranny kpt. Moljarte krzyczał do swoich „Ostańcie na stanowiska! Bo nie przeżyjecie! Pozostańcie na statku! Hetrion wybawi swoich wiernych żołdaków!”. Jego krzyk zagłuszany jednak był przez wszechogarniające uderzanie fal które raz za razem uderzały o burtę… .
I ten dźwięk został zapamiętany przez nich wszystkich jako ostatni. W kilku sekundach nadeszła olbrzymia fala która przewróciła oba statki, wszystkich pochłonęło morze. Lecz tutaj historia się nie kończy, tutaj historia dopiero się zaczyna… .
Kapitan obudził się na małym skrawku zieleni  wchodzącym w morze, gdzie wokół niego leżały szczątki statków.  Nawet teraz ściskał kurczowo rękojeść szabli, a przez jego ciało co róż przechodziły dreszcze spowodowane zimnem. Nie był w swoim kraju, to na pewno. Nie był też na żadnej wyspie gdyż plaża ta ciągnęła się, rzec by można nieskończenie w obie strony. Był cały mokry, zmęczony i głodny. Rana cięta lewej ręki wymagała natychmiastowej pomocy cyrulika, to wiedział na pewno i tylko ta myśl teraz zaprzątała mu głowę. Gdy wstał lekko chwiejąc się na nogach, usłyszał w oddali jakieś krzyki. Głosów było kilka, jednak woda w uszach zniekształcała na tyle dźwięki z oddali iż nie był w stanie ustalić dokładnego ich położenia. Skupił się więc najmocniej jak tylko mógł, i z zaciśniętymi zęba zaczął iść po skrawkach piaszczystej części plaży w kierunku domniemywanego hałasu.
Słońce zachodziło powoli, chowając się w odmętach morskiej kipieli. Powietrze było chłodne i miało ten swój specyficzny zapach. Morjarte był święcie przekonany że jest na kontynęcie. Tylko pytanie, czy nadal na znanych terenach świata czy może wylądował w jakiejś poza sferycznej płaszczyźnie. Tyle słyszał o tych bzdurach, na obiadach u Hrabiego Festusa, że teraz pluł sobie w brodę że nie przykładał do tego większej uwagi. Kilku Astrologów i Wyższych zakonnych kapłanów wspominało o wyładowaniach mocy w czasie burz. Mówili wtedy że każdy obiekt może zostać przeniesiony w czasie i przestrzeni bez żadnej dodatkowej czynności lub jakiegokolwiek zabezpieczenia lub umiejętności.  Takie wydawać by się mogło bzdury dla oficera Imeshyjskiej floty, a gdyby dowiedział się o tych „bzdurach” czegoś więcej to może mógłby teraz ustalić gdzie, do jasnej cholery, się znajduje.
Idąc tak plażą, chwiejąc się trochę na zmęczonych nogach i przecierając oczy podrażnione piaskiem wypatrywał źródła dźwięku. Resztki promieni oświetlało kawałki okrętów, najprawdopodobniej te pirackie psy też wylądowały na plaży. Chyba że te drewniane kawałki nie pochodzą z teraźniejszych dni. Zresztą,  nie miał czasu i chęci tego sprawdzać.  Znowu usłyszał krzyk, ale tym razem też do jego uszu dobiegł odgłos szczęku broni. Nie był w stanie biec, ale przyspieszył kroku. Szedł tak szybko jak tylko pozwalały mu na to nogi. Pod wpływem tego wysiłku, jego organizm rozpoczął powolną i mozolną regeneracje. Jego ciało zaczynało się ogrzewać, a zmysły wyostrzać. Powoli wracał do życia, lecz lewa ręką traciła z każdą minutą sprawność. Moljarte wiedział że jeżeli się tym szybko nie zajmie to jeżeli przeżyje, nie obejdzie się bez amputacji . A ta wizja nie była w żadnych świetle optymistyczna.
Po minucie w końcu zauważył przyczynę hałasu. Jakieś 30 metrów w głąb lasu który nie był w cale tropikalny, raczej przeważały drzewa liściaste. Resztka jego załogi odpierała ataki kilku też zmęczonych i poranionych piratów. Walka wyglądała żałośnie, ciosy w ogóle nie dochodziły do celu po obu stronach. Obie grupki zdawały się walczyć bardziej z faktu że tak należy a nie że chcą. Kapitan pozbierawszy siły wydał głośny okrzyk „Zarżnąć tych wszarzy!” I to chyba było wystarczająco silnym bodźcem aby te ludzkie wraki zmobilizowały się do jeszcze jednego wysiłku. Okrzyk kapitana wzbudził w nich nową nadzieje, iskrę życia która dogasała z każdą minutą tej bezsensownej potyczki. Jak lwy rzucili się na oszołomionych okrzykiem piratów. Wystarczało kilkadziesiąt sekund aby pierwszych dwóch korsarzy padło z przebitymi brzuchami. Jeden z nieprzyjaciół słysząc okrzyk kapitana wyrwał w jego kierunku. Ten jednak, rozstawił nogi w pozycji obronnej i z gracją wymaganą wśród oficerów floty wojennej czekał na nieprzyjaciela. Pierwszy cios padł skierowany prosto w głowę, Morjarte szybko zbił szable i nie męcząc się wykonał płaskie cięcie w bok. Ten bryznął krwią, jednak mimo rany wróg resztką sił próbował dźgnąć swego rywala w brzuch. Jednak Oficer tylko sparował te żałosne uderzenie i wbił mu szable w czerep. Potem tylko przyłożył stopę do barków nieszczęśnika i wyjąwszy broń, wytarł w tamtego ścierwo.
Jego resztki załogi, jakieś pięciu marynarzy, właśnie dobijało pozostałych przeżyłych.
W tej walce na tej nieznanej plaży stracił dobrych kilku ludzi. Kapitan jednak nie zamierzał tego w żaden sposób ukazywać, bo w czasie całej tej bitwy, za przyczyną której znaleźli się na tej wyspie, stracił o wiele więcej ludzi i to nie tylko szarych szeregowych.  Straty były zbyt duże aby okazywać cokolwiek, jedynie co mógł zrobić dla swoich ludzi to wyprawić im przyzwoity pogrzeb. Dlatego od razu po tym jak odkaził ranę rumem, który znalazł jeden z jego ludzi przy martwym korsarzu i przewiązał ją kawałkiem szmaty. Kazał wykopać groby i pochował poległych z wszystkimi honorami.
Nie wiedział gdzie się znajdują , jego statek zatonął a najwyższy stopniem w tym pięcioosobowym oddziale był mat’em. Taki przebieg wydarzeń i takie możliwości nie nastrajały do dobrego samopoczucia. Kapitan jednak zdawał sobie sprawę, że jeżeli on czegoś nie wymyśli, szybko wszyscy albo pomrą z głodu, albo zostaną zabici przez tutejszą ludność lub zwierzęta.
-Hetrionie! Oby tu mieszkali rozumni ludzie! –
Pomyślał Moljarte i rozporządził aby wyrąbać dziurę w dużej części wraku, który leżał jak martwy morski olbrzym, czekający na skonsumowanie przez drapieżników. Wrak ten nie należał ani do piratów ani do jego floty więc rąbiąc ten stary kadłub wszyscy mieli nadzieje na jakieś znalezisko. Lecz nadzieja okazała się złudna i jeszcze bardziej pogorszyła morale żołnierzy. Bo o to przed nimi w ciemnościach wraku zauważyli kilka szkieletów przypiętych kajdanami do drewnianych ścian. Widok ten nie był optymistyczny, ale mimo to Kapitan rozkazał zorganizować drewno na opał. Kiedy ognisko paliło się na dobre dając światło oraz ciepło i wokół zebrali się wszyscy. Wstał i zaczął mówić.
- Wiem, straciliśmy okręt. Wiem! Straciliśmy swoich przyjaciół i kamratów! Wiem też że jesteśmy na nieznanym kontynencie gdzie wszystko może być zagrożeniem. Nie mamy póki co wody, żywności ani nawet złudnej nadziei że gdybyśmy ostali na tej plaży ktoś by po nas przypłynął. Jesteśmy, jakby to ujął nasz zmarły Bosman Mahejko, - Kapitan zamyślił się i spojrzawszy po twarzach swych ludzi krzyknął z entuzjazmem – „Jesteśmy w głębokiej czarnej dupie, Sir!”. Tak zgadza się! Jesteśmy w czarnej dupie. Ale póki żyjemy możemy jeszcze coś zrobić. Ostatnie słowo należy do nas, ocalałych! Jeżeli Hetrion pozwolił nam przeżyć, to oznacza że coś od nas chce. Więc jeżeli jego pragnienie będzie naszą ostatnia rzeczą jaką mamy zrobić na Tym ziemskim padole, to na moje oficerskie epolety. Zrobimy to aby chociaż zasłuży
na przychylne spojrzenie naszego Pana, gdy staniemy z nim twarzą w twarz!-
Marynarze siedzieli skupieni, żadnemu z nich powieką nawet nie drgnęła. Ale widać było, że brakowało właśnie tylko tego, oficerskiego entuzjazmu i gorliwej przemowy!  To rozruszało ich zimne i obolałe serca. Teraz mogli chodźmy jutro oddać życie w imię Imeshy! „Hetrion coś od nas chce, i My mu to damy” Te zdanie zaczęło malować się na twarzach tych zmęczonych podróżą i ostatnią walką marynarzy.
Po kilkunastu minutach ciszy, Morljarte rozłożył warty i wszyscy poszli spać. Mistrz Sen przyszedł do nich dosyć późno. Odwiedził ich oczekujących w wraku. Przyniósł im kilkugodzinne ukojenie, które miało być ich ostatnim wypoczynkiem. Lecz  człowiek sam pisze swoje dzieje, to wie Mistrz więc daje im sen o poświęceniu i walce. Sen daje im siłę i wyrwę, aby gdy wstaną mieli szanse w starciu o własne życie. Jednak Sen oficera jest inny,… .
Śni mu się korytarz, bardzo długi korytarz. Oświetlony wieloma pochodniami i otoczony ciemnością z której słychać słowa. „Długa droga, przez nicość i czas. Będziesz szedł ze swoimi i spojrzysz wrogowi w twarz. Czas się nie zmieni kiedy zostaniesz sam, bo jesteś synem burzy. Okrętem jedynego prawdziwego Jego.”
Rankiem, ostatnia wachta obudziła wszystkich… .
W oddziale kapitana był Morg „Krętacz”, Mat który wyróżniał się z załogi swoją „bujną” łysiną. Był awanturnikiem i dupkiem. Dobrze grał w karty i kilka gier pokładowych co czyniło go najbogatszym z biednej załogi Imeshyjskiego okrętu wojennego.
Był też Salomon, człowiek który mało mówił, dużo spał i tak często myślał że towarzysze z jego okrętu nazywali go „Królem”. Człowiek ów nie był wysoki ani nawet dobrze zbudowany, za to w jego oczach paliła się ta iskra. Iskra która czyniła go najgroźniejszym z dziwaków w całej wojennej flocie Imeshy.
Był też Irna „Błazen”. Człowiek wysoki lecz nie przesadnie zbudowany. Gibki bardziej i zręczny niż silny. Zawsze tryskający humorem i radością. Paradoksem zdawać by się to wszystko mogło, gdybyście usłyszeli że jego rodzinę wycięła w pień kilka lat temu banda Ramazyjczyków.
Jest też Fraun „Wielki”. No cóż, sam przydomek tego człowieka mówi o nim wszystko. Prócz tego że nie jest zbyt mądry, ani inteligentny. Co wcale nie oznacza że jest głupi. Ma olbrzymią masę ciała i siłę. Ten człowiek mierzący co najmniej 7 stóp, pewnego razu gdy zerwał się mechanizm do wciągania kotwicy, własnymi rękoma wciągną ją na pokład. A to wszystko dlatego, gdyż kapitan kilka minut wcześniej powiedział do marynarzy „Do wszystkich biesów! Zróbcie coś!”
No i oczywiście niejaki Albert, którego na okręcie przezwali „Brat”. Wyjątkowo specyficzny marynarz który pojawił się na statku niewiadomo skąd. Z wyglądu jest rosłym mężczyzną o ciemnych włosach i bystrym spojrzeniu. Jednak z zachowania pozostał naiwnym dzieckiem. Był tak dobrym człowiekiem, że niektórzy z załogi nazwali go „Bratem”. Gdyż dzielił się zawsze tym co mógł i nie ważne czy drugi człowiek go naciągał czy nie. Brat mógł o tym wiedzieć i przeważnie wiedział, ale i tak mimo to dawał mówiąc „To co z serca płynie, wraca pomnożone”.
- Dobra chłopcy! Daje wam czas do południa, na przeszukanie tej plaży. Nie odchodźcie jednak zbyt daleko i co najważniejsze omijajcie jakiekolwiek potyczki! Waszym głównym zadaniem jest znalezienie żywności i wszelkich użytecznych narzędzi lub przedmiotów, potrzebnych do wędrówki – Zakomunikował kapitan, zakładając oficerską czapę i dodał.
– Aha, musze podzielić was na dwie grupy- Spojrzał się wiec spod brwi na swój oddział i szybko zdecydował – Wielki idziesz z Królem na zachód, Reszta na wschód – Po czym usiadł na plaży i zaczął coś rysować na piasku. Cała piątka nachyliła się wręcz z ciekawości nad kapitanem, a Krętacz powoli zapytał.
- Panie Kapitanie! Aaa… - Gdy miało paść już pytanie, padła natychmiastowa odpowiedź spod cienia czapy kapitana – Ja tym czasem spróbuje się dowiedzieć, gdzie do cholery jesteśmy. A teraz, gdybyście byli tak uprzejmi i ruszyli swoje dupska…
- Tak jest!- Odpowiedział od razu Morg i dodał.
- Słyszeliście kapitana! Ruchy ruchy! – I obie grupy powolnym marszem wyruszyły.

Kapitan nie musiał na nich długo czekać. Po kilku godzinach, grupa pierwsza wróciła z kilkoma skrzyniami, które ciągnął za sobą „Wielki”. Plaża nadal była spokojna. Ptaki na horyzoncie zwolna szybowały, tańcząc w przestworzach. Na plaży wiała delikatna chłodna bryza, a las jedynie szumiał spokojnie i monotonnie.
-No Panowie! – Moljarte spojrzał się zadowolony – Widzę że los pozostawił nam trochę nadziei zapakowanej w skrzyniach. Bardzo dobrze! – schylając się do owego znaleziska zapytał się swoich ludzi. – No więc? Co tam mamy? – Król odparł.
-Rum. Kapitanie. Wszystkie skrzynie zapełnione są rumem w butelkach. -  na jego twarzy nie malowało się żadne uczucie.
-Rum? Trzy skrzynie pełne alkoholu? – kapitan wyglądał jakby zaraz miał wybuchnąć ze złości, ale w ostatnie chwili się opanował i stwierdził – To przynajmniej nie będziemy pić morskiej wody - Wielki stał i patrzył się na dialog swego przełożonego i  kompana. Nie ruszają się ani o centymetr. Jego ciemne oczy, mimo wszystko wnikliwie wpatrywały się w zamyśloną Twarz swego dowódcy.
-Miejmy tylko nadzieje że reszcie chłopaków się bardziej poszczęści – Stwierdził kapitan i poprawiwszy pasek od szabli rozejrzał się do koła i powiedział – Wielki, widzę że się nudzisz. Przejdź się skrajem dżungli i zbierz drewno na opał. Jeżeli okaże się że znowu będziemy mieli zostać w tym wraku na noc, przyda się ciepło i oświetlenie - Po czym spojrzał się na Króla- Salomon, słyszałem za co zostałeś skazany na przymusową służbę na flocie. Jeżeli to prawda, to musisz mieć jaja ze stali. Więc … - Ten milczał-… wejdź do lasu, naprzeciwko nas i przejdź się na wprost, z jakieś dwieście może trzysta kroków. Potem wróci i zdaj mi raport o tym co nas tam czeka.-
-Tak jest!- ten odrzekł spokojnie i już w następnej minucie zniknął w gęstwinie tropikalnego lasu.
Kapitan, mimo swoich usilnych starań, nie dał rady domyślić się co tak na prawdę stało się podczas sztormu i gdzie, razem z załogą wylądował. Możliwości było tak wiele że każda była tak samo prawdopodobna jak poprzednia.
Patrząc się na spokojne morze, podjął decyzje. Będą musieli wejść do dżungli jeszcze dzisiaj. A zwłaszcza w tedy gdy okaże się że druga grupa w ogóle nic nie znalazła. Przeklęty dzień gdy pirackie ścierwa postanowiły zaatakować przed sztormem! Gdyby nie ta burza… .
- Kapitanie! – zza pleców Blayka, zakrzyknął z oddali Irna! – Znaleźlismy coś! – ten odwrócił się na pięcie i zobaczył że żaden z mężczyzn którzy do niego się zbliżali, nie niosło niczego. Zdziwiony i trochę zażenowany, przygotował się już na jakiś głupi dowcip Błazna i gdy byli dostatecznie blisko zapytał się spokojnie.
- No, co to takiego? – Krętacz wybił się z szeregu i odpowiedział meldując.
- Panie Kapitanie melduję że Albert znalazł ten kawałek materiały przy jednym z wraków. Jakieś kilka trzy kilometry stąd. – po tych słowach, wręczył dowódcy poniszczony sztandar. Oczy kapitana otworzyły się z zdziwienia… .
- Przecież to sztandar  dawnej floty imeshyjskiej, z przeszło dwustu lat…  – jego palce delikatnie miętoliły materiał, przeszywany złotą nicią-… jakim cudem jeszcze się ostał w tak dobrym stanie-
-Z całym szacunkiem kapitanie…- odezwał się Albert – Jeżeli mogę się wtrącić. Historia mówi o potyczce floty z rebeliantami, jednakże żadne źródła nie podają kto tą bitwę wygrał…-
Kapitan spojrzał się na braciszka, tak jak reszta załogi. Na ich twarzach malowało się zdziwienie i irytacja
-Marynarzu Albercie, a skąd znasz historię z przeszło dwustu lat?- zapytał się dowódca patrząc na braciszka, który niewzruszenie kontynuował.
- Jednakże to nie byli rebelianci ale najzwyklejsi piraci. Plotkę na temat rebeliantów rozpuścili uwcześni wojskowi dowódcy popierający zmianę rządów na demokratyczną, chcieli tym samym udowodnić podkreślić że władza w rękach jednej osoby, zwłaszcza kobiety może przynieść zgubę. –
-Brat „z całym szacunkiem” – odrzekł błazen – kim ty do kurwy nędzy jesteś i skąd wiesz takie rzeczy, a po za tym odpowiadaj kapitanowi, gdy Cię o coś zapyta! – Moljarte nic nie mówiąc spojrzał się na poniszczony sztandar i dał do zrozumienia że też go to interesuje. Usiadł więc na piasku i spojrzał na postać Alberta, który teraz z zmieszaną miną prawdopodobnie szukał jakiejś satysfakcjonującej odpowiedzi. Reszta marynarzu zrobiła to samo co kapitan i wlepiwszy wzrok w swego kompana, czekała na ukazanie prawdziwej historii dobrego Alberta.
- No bo widzicie, ja… - w tym samym momencie na plaże wbiegł Salomon.- Kapitanie! Tam … są jakieś ruiny! Kilkanaście budynków. Stare, ciężko określić cokolwiek innego.- Gdy dobiegł do reszty grupy, kapitan od razu zapomniał o przesłuchaniu Brata.- Dobra ludzie, zbudujcie z gałęzi jakąś lektykę na rum i ruszamy do ruin, może tam znajdziemy miejsce na wybudowanie tymczasowego schronienia. Tutaj na plaży nie ma sensu siedzieć bo nikt po nas i tak nie przypłynie. Jedynie co nam pozostało to eksploracja terenu i ewentualne rozpoznanie zagrożenia, za nim to Ono nas rozpozna. Tylko szybko! -

Jak rzekł kapitan tak zostało wykonane. Prowizoryczna lektyka, na której umieszczone zostały skrzynie z rumem niesiona była przez Wielkiego i Salomona. Ciężar nie był aż tak olbrzymi dlatego nawet wszech obecne gałęzie nie przeszkadzały w jako takim transporcie trunku. Powoli i ślamazarnie brnęli przez leśną gęstwinę. Kapitan szedł po środku uważnie nasłuchując jakich kol wiek odgłosów, które mogły by świadczyć o istnieniu innych istot myślących.
- „Bo w ciemnościach i ciszy, czeka ich Pan…”- wyrecytował cicho kapitan, rozglądając się wokoło. Jego wzrok plątał się od drzewa do drzewa wypatrując ruin, które wszak niedawno zauważył Salomon. Jego ludzie nie byli zmęczeni, nawet nie byli poirytowani, ich morale było zadziwiająco wysokie jak na sytuację która ich spotkała – a może to przez ten rum?- pomyślał, wpatrując się jak z wielką troską i uśmiechem Wielki targa tą lektykę.
-a cóż to będzie jak rumu zabraknie?- strwożył się na chwilę, lecz od razu przyszła do niego kojąca myśl. Przecież na pewno do tego czasu znajdą jaką osadę… przecież… -
- Panie Kapitanie! – głos Mata przywrócił go na ziemie – Ruiny przed nami.-
Przez drzewa stojące im na drodze przebijał się obraz porozrzucanych kamieni, które kiedyś mogły być murem. Za nimi zaś więcej tego samego budulca jedynie ułożonego bardziej jakby w kloce, kwadraty.
- to nie wygląda obiecująco stwierdził – na reakcje załogi nie musiał długo czekać.
- sądzę Panie kapitanie, że tutaj ludzi nie spotkamy – odezwał się  Irna z lekkim uśmiechem i sarkazmem, na co zawtórował mu Albert.
- sposób ociosania tych skalnych bloków, świadczy o tym że…-
- wiesz co Albert?- przerwał mu Morg
-no?-
- weź Ty się zamknij! Nie jesteśmy pieprzonymi pielgrzymami-
- no tak, ale myślałem że… -
- Ty myślenie zostaw mnie lub Kapitanowi. Zresztą to Kapitan jest od myślenia, prawda Panie Kapitanie?-
Kapitan nic nie odpowiedział, patrząc się na te skalną wioskę która teraz była niczym innym jak kamieniołomem. Szczerze, to nawet nie przysłuchiwał się tej rozmowie. Coś go bardzo niepokoiło. Te kamienie były zbyt dobrze ociosane i za duże jak na elementy jakiś mniejszych domów.

II.Wioska Starców

Zbliżało się ku wieczorowi kiedy rozbitkowie ulokowali się w jednym z kamiennych domów. Na pierwszy rzut oka bryła jakby jednolita, jedynie ociosana i wyżłobiona w środku. Ale dopiero gdy Irna przyjrzał się jej dokładnie, wiadomym było to że kamienie te są tak do siebie dopasowane że jedynie pozorem jest fakt jednolitości.
Sama wioska mogła liczyć kiedyś, może setkę mieszkańców. Jednak nawet tej setce zajęło by to lata a nawet wieki aby to wszystko tak precyzyjnie zrobić, bez pomocy jakiejkolwiek techniki. Co do mieszkańców. Nikt z załogi nie dostrzegł nikogo ani niczego, dopóki Albert nie zauważył kamiennych schodów prowadzących w dół ziemi.
- Z całym szacunkiem Panie kapitanie, ale zejście tam nie było by chyba takim dobrym pomysłem – stwierdził Morg, patrząc na kamienne schody prowadzące w głąb ziemi, nieopodal ich obozowiska. Kapitan nic nie odpowiedział, zszedł tylko kilka kroków w dół i palcem przejechał po idealnie gładkiej powierzchni ściany która tworzyła istną spiralę kręconych schodów.
- Ja natomiast, za pozwoleniem dowódco. Stwierdzę że lepiej wiedzieć co znajduje się pod nami, jeżeli chcemy tutaj przenocować, albo nawet pozostać kilka dni. – Odparł Albert patrząc z zaciekawieniem na swoje odkrycie.
-Braciszku, czy ty jesteś samobójcą? Jeżeli tak Ci się spieszy pożegnać z tym światem, to może kapitan pozytywnie rozpatrzy twoją propozycje bycia ochotnikiem, na tą wyprawę. Prawda Panie Kapitanie!?- Mat wyszczerzył zęby w szczerym uśmiechu.
- Jest to za duże ryzyko, aby ktokolwiek póki co schodził w dół. Na razie trzeba przede wszystkim zaopatrzyć się w żywność albo chociażby pomyśleć jak to zrobić. – Kapitan wrócił na górę i dodał.- Dlatego Błazen  i Ty Krętaczu pójdziecie zobaczyć, nim się zupełnie ściemni, czy są jakieś ślady zwierzyny albo czegokolwiek co mogło by nadawać się do jedzenia. I tak jak wcześniej mówiłem, nie wdawajcie się w żadne potyczki.-
-Pan Kapitan myśli że ktoś jeszcze przeżył z korsarzy?- zapytał Salomon, patrząc w ciemność pochłaniającą spiralne schody.
-Obawiam się panowie, że nie tylko oni mogą być dla nas zagrożeniem.- Morg spojrzał zaciekawiony wzrokiem i kładąc dłoń na głowicy szabli zapytał.
– Dowódca sugeruje że może być ktoś inny, komu nie będzie się podobała nasza wizyta? Że komuś nie będą pasować żołnierze floty Imeshijskiej? Że… - kapitan przerwał mu wywód, prostym stwierdzeniem.
-Tak. A teraz do roboty. Reszta niech zbiera drewno na opał. Czeka nas długa noc.
- Panie kapitanie, melduję że zwierzyny w tym lesie niestety albo nie ma, albo bardzo dobrze się kryję. Nie znaleźliśmy kompletnie nic. To wszystko wydaje się być opustoszałym terenem.– Odparł Mat, składając meldunek na temat zwiadu w poszukiwaniu żywności.
Moljarte wyszedł z chaty na zewnątrz i spojrzał się w niebo. Kiedy wypływali razem z flotą, gdy „Aneriia” dumnie cięła falę Morza Krańca Świata, było lato. Natomiast prawdopodobnie od bitwy morskiej nie minął nawet tydzień.
-Cholera, jaki tydzień… toż pewnie może dwa, góra trzy dni- pomyślał Kapitan patrząc na wyłaniające się z mroku nieba, gwiazdy.
-Panie Mat –
-Jestem!-
-Niech ludzie rozpalą ognisko przed chatą. Warty na dwa kciuki ruchu księżyca na niebie. Pierwszą warte bierze Wielki, następnie Albert, Salomon Irna a na koniec Ty. Przed pobudką wszystkim, obudź mnie pierwszego.
-A teraz, do nakazanych czynności rozejść się!- dodał po chwili kapitan, nie spuściwszy wzroku z gwiazd.
-Rozkaz!- ochoczo odpowiedział Mat i obróciwszy się na pięcie wrócił do podwładnych.
Tymczasem Albert, Salomon i Wielki siedzieli przy zebranym drewnie i rozmawiali żywo na temat dalszego działania.
- To nie jest najlepsze wyjście pozostawiać nierozpoznany obiekt  taktyczny. Do tego na obcej ziemi, bez zapasów, z małą ilością ludzi- stwierdził Albert patrząc na resztę załogi i dodał.- Jak myślicie? Zginiemy tutaj? – Salomon spojrzał na przedmówce i odpowiedział spokojnie.
- Braciszku, nie ma takiej opcji. Kapitan coś wymyśli. Pamiętasz tego podoficera…-
-Norvasa?- zagrzmiał potężny głos wielkiego. Król  spojrzał zaskoczony wzrokiem na wielkoluda który teraz w oczach miał coś czego wcześniej nie dostrzegali. To nie była ludzka inteligencja, raczej zwierzęca. Ten facet był nad wyraz inteligentny tylko na swój własny sposób.
-Tak, Norvasa. Nie wiedziałem że pamiętasz te zdarzenie Fraun. Myślałem że tam przy wiosłach nie widać co się dzieje na górze.-
-Z dołu najwięcej widać, co dzieje się na górze Marynarzu.- odparł Wielki.
- No więc jak mówiłem. Kiedy ten patałach zaczął podżegać ludzi do buntu, przed tym jak dopłynęliśmy do flotylli  bo „kapitan jest niekompetentnym durniem” a sam był syneczkiem jakiegoś komandora. Ten bez żadnego namysłu strzelił go w ryj z prawek prostego i nic nie tłumacząc kazał wrzucić go do kozy. Nie wiem czy wiecie, ale mało który oficer, nawet kapitan, nie zaryzykował by uderzenie syna jakiegoś tam Komandora.-
-Tak wiem, wiem.- spuścił głowę Braciszek i dodał.- Ale czy tym razem podoła wyzwaniu, czy jest nam pisany powrót? Wiem że mamy dobrego, jak nie najlepszego kapitana jakiego nosiła flota Imeshijska. Ale mimo to można mieć obawy, prawda Panie Mat? – zapytany właśnie siadał koło nich i odpowiedział po chwili patrząc na twarze swoich podwładnych.
- Albert, nasz kapitan zrobi wszystko aby nas z tego wyciągnąć. A teraz rozpalcie ognisko przed chatą i kładźcie się spać. Jeżeli chodzi o rum, przed snem macie pozwolenie na kilka łyków, ale nie więcej. Warte pierwszą obejmuje wielki, potem po kolei Albert, Salomon… .

Krzysztof “Vitallius” Pawłowski

Podobne wpisy

[JEEPform] Co z tą Wislandią?
[Kroniki Drikanu] Findre II Taktyk
[Kroniki Drikanu] Findre II Taktyk

Brak jeszcze opinii

Napisz opinię