O 4 nad ranem znów usłyszał, szelest z niższych pięter budynku. Jego wyobraźnia ukazywała biegające cienie, które z każdą sekundą były, co raz bliżej. Pokonywały schody z niesamowitą szybkością, a wszelkie przeszkody były dla nich tylko urozmaiceniem polowania. Ich cel był teraz tylko On siedzący samotnie w koncie zniszczonego mieszkania na 23 piętrze wieżowca w nieznanym dla niego mieście. Byli tu już od kilkunastu dobrych godzin odkąd ściemniło się i razem ze swoją dziewczyną chcieli schronić się właśnie w wysokościach tego betonowego kolosa. Jednak tego wieczora wszystko potoczyło się całkowicie przeciwnie jak zaplanowali… .
- Kochanie!! Znalazłeś coś?- Zawołała blond-włosa żołnierska piękność, o niebieskich oczach i ponętnych kształtach, nachylając się nad zniszczoną metalową szafką z nadzieją na jakieś znalezisko –Niestety nic, prócz kilku szmat i jakieś szufelki – odezwał się męszczyzna w ciemno-brązowym płaszczu z kowbojskich kapeluszem na głowie – trzeba będzie się pośpieszyć, bo niebawem nadejdzie zmrok, skarbie – tak, tak wiem. Musimy znaleźć jakieś schronienie, bo nigdy nic nie wiadomo, jeśli chodzi o duże… - kobieta z anielskich uśmiechem przerwała mu wtrącają – no właśnie… - męszczyzna podniósł się i wyprostowawszy obolałe plecy, wytężył wzrok w poszukiwaniu jakiegoś dobrego miejsca na spoczynek. Jego uwagę przykuł dość dobrze zachowany i monstrualny jak na te czasy budynek, kilka kilometrów w głąb miasta – Tam będzie dobre miejsce – powiedziawszy to wskazał cel i czekał na pozytywne rozpatrzenie propozycji przez jego partnerkę –myślisz, że zdążymy tam dojść przed zmrokiem? – Zapytała się, czułe głaszcząc brzuch i uśmiechając się nadal, a promienie słońca głaskały jej piękne usta – na pewno!! To, nie jest taka duża odległość. Zresztą, jak do tej pory nie znaleźliśmy nic, co mogłoby nas zaniepokoić – I tego się najbardziej obawiam – odpowiedziała mu spokojnie i przewieszając winchestera przez ramie ruszyła w kierunku wieżowca – Będzie dobrze kochanie, zobaczysz – odpowiedział wyrównując do niej krok, i tak ruszyli oboje ku zachodzącemu słońcu.
Po pół godzinie wędrówki, znaleźli się w całkowicie opustoszałym i zrujnowanym mieście. Nigdzie nie było widać żywej duszy, a jedynymi mieszkańcami były wybielałe do granic możliwości ludzkie kości i szkielety usadowione wygodnie w poniszczonych wrakach samochodów. Atmosfera tego miasta nie było zbyt przyjemna, a szczególnie, kiedy pomiędzy tymi surowymi kikutami widać było chowające się słońce, które zapomni o tym świecie na następne dwanaście godzin.
Byli gdzieś w połowie drogi, kiedy po lewej stronie zobaczyli opartego o ścianę człowieka. Człowiek ten siedział w siadzie prostym i trzymając na kolanach powtarzalną strzelbę po kolei i powoli przeładowywał ją, nabój po naboju. Po całym mieście słychać było tylko miarowe zapadanie się zamka w magazynku, – kto to jest? – Odezwała się cicho kobieta, na to wędrowca nic nie odpowiedział tylko powoli i spokojnie podszedł do gościa. Kiedy miał już się przedstawić zauważył, że ten koleś nie posiadał stóp. Zamiast tego były to tylko dwa nędzne kikuty owinięte zakrwawionymi szmatami. Nie wiedział, co ma powiedzieć, i kiedy układał sobie w myślach zdanie, i miał już je wypowiedzieć usłyszał tylko ciche i ochrypłe słowa wydobywające się z popękanych warg tego osobnika – Idźcie z stąd… póki macie siły, bo czasu pozostało nam niewiele.. – Kobieta szybko podbiegła do swego faceta, ale od razu cofnęła się na widok okrwawionych kikutów i odwróciła głowę w stronę ruin, – Co ci się stało chłopie!! I kto ci to zrobił! – Zapytał się wędrowiec uważnie analizując każdy ruch i gest, siedzącego – zostałem tu na noc, to chyba.. (Splunięcie krwią) wystarczy za odpowiedź – Wtedy ujrzał jego oczy pełne nie lęku ani bólu, tylko pogodzenia się ze śmiercią, pełne tej strasznej świadomości klęski-, Ale kto ci to zrobił?Gangerzy? Jakieś zwierzęta?-Osobnik nie odpowiedział tylko rozładował broń, aby po chwili znowu powoli i spokojnie rozpocząć przeładowanie- kochanie, chodźmy już z stąd!? Robi się już ciemno, a po za tym… - słychać było drżenie jej głosu – boje się o nas…. – Dobiegł wędrowcy jej głos zza pleców, więc odwróciwszy się i wziąwszy ją za rękę poszli szybki marszem ku przeznaczeniu. Pozostawili za sobą tylko miarowe zapadanie się zamka w magazynku… klik… klik …. Klik.
Byli już jakieś półgodziny od celu, kiedy ostatni promień słońca schował się za betonowym cmentarzem i na niebie zapanował król ciemności wychodząc ze swą armią popleczników- popatrz kochanie! –Zawołał szczęśliwie wędrowca – to już nie daleko, jeszcze trochę i będziemy na miejscu – usłyszał tylko jej cichy i zmęczony głos – to dobrze skarbie, bo już jestem bardzo zmęczona, zresztą nie tylko ja – gdyby było jaśniej, wędrowca mógłby ujrzeć delikatny uśmiech na twarzy swej kobiety.
Wreszcie doszli do skrzyżowania ulic gdzie w górę na sam szczyt, jakieś 50 metrów przed nimi piął się betonowy goliat. Oboje przykucnęli i przez chwile nasłuchiwali, lecz żaden podejrzany dźwięk nie dobiegł z wnętrza ani nawet wokół nich. Siedzieli tak przez kilkanaście minut, schowani za zniszczonym Wanem i wyczekiwali jakiegokolwiek ruchu lub dźwięku zdradzającego czyjąś obecność. I tak jak przed chwilą nic się nie zdarzyło, dlatego powoli wstali i cichym krokiem powędrowali do zniszczonych drzwi wieżowca. Gdy byli już w środku, w ciszy nocy usłyszeli serie z powtarzalnej strzelby na południu, lecz po minucie strzały ucichły i miasto stało się jakby bardziej ponure i nieprzyjazne niż przedtem – kochanie, boje się… - odpowiedziała z strachem w sercu kobieta, wtulając się w ramiona męszczyzny – nic nam nie będzie kochanie, tylko musimy się dostać jak najwyżej – odpowiedział opanowanym głosem wędrowca, a w jego umyśle od razu układała się masa awaryjnych planów i działań. Jego umysł pracował na największych obrotach, zresztą nie po to tak długo samotnie zwiedzał te przeklęte miasta i pustynie, aby zginąć lub stracić taki piękny i jedyny skarb.
Szybkim krokiem zaczęli wbiegać po schodach, mijając, co chwila jakieś kawałki betonu lub drutów zbrojeniowych. Gdy byli na trzecim piętrze i zwolnili trochę gdyż kobieta była już skrajnie zmęczona, usłyszeli jak w dole, łamane są resztki drewnianych drzwi wejściowych. I dziwne chichoty dobiegały ich uszu – KOCHANIE!! – Zadyszany głos partnerki starał się przebić przez zmęczenie i szybki oddech – ja już nie dam rady!! – Musisz! Jeszcze trochę i na pewno znajdziemy miejsce, na jaką barykadę albo cokolwiek!- Odpowiedział jej wędrowca kurczowo trzymając ją za rękę i biegnąc cały czas do góry.
Gdy byli na dziesiątym piętrze odgłosy z dołu zdawały się być, co raz głośniejsze, a dźwięk masy małych i krótkich nóżek, które wbiegały po gołych betonie odbijał się w umysłach ściganych jak echo złej wieści. Kobieta już była tak zmęczona ucieczką, że nie czuła bólu ani zmęczenia, a męszczyzna nie dając za wygraną, w pewnym momencie wziął ją na plecy i tak wbiegł na piętnaste piętro. Nagle jak koniec serii z karabinu odgłosy pogoni ucichły, lecz co jakiś czas słychać było szuranie bosych stópek na schodach, które nagle nikło w gęstej cichy nocy. Krokiem skazańca doszli do 23 piętra, a kobieta wisiała prawie bezwładnie na ramionach wędrowca tylko, co jakiś czas biorąc głęboki oddech.
W końcu zrozumieli, że to jest ostatnie piętro, a przed nimi rozpostarły się dwa długie i ciemne korytarze pełne drzwi i pomieszczeń. Pogoń najwidoczniej zaprzestała na chwile pościgu, bo teraz nie było słuchać kompletnie niczego. Głucha cisza tylko wyła w pomieszczeniach tego zapomnianego przez Boga miejsca
Gdy tak szli korytarzem i co chwila potykali się o jakieś kawałki betonu lub innych przedmiotów, nie widzieli kompletnie nic – kochanie… - odezwała się nagle kobieta, zdyszanym głosem – chodźmy usiąść w którymś z tych…. Pomieszczeń…, Chociaż na chwile.. – Na to ściszonym tonem odpowiedział jej partner – już, tylko znajdziemy jakieś najbardziej odpowiednie… - kobieta nie dała mu dokończyć jak zwykle, tylko szybko powiedziałą – może te.. Daglas?– I weszła do ciemnego pomieszczenia. Jej facet nagle odwrócił się w jej stronę i usłyszał tylko stłumiony i cichy wrzask, co raz bardziej oddalający się ku ziemi…
- O Mój Boże… Sami,…Peter…- padł na kolana w ciemnych pomieszczeniu, a szuranie znów jak burza powróciło i było już kilka pięter pod nim… .
Po kilku minutach, przeczołgał się w kąt i przeładowawszy dwa rewolwery typu magnum wycelował w drzwi…
A była godzina około 4 nad ranem….
Krzysztof “Vitalius” Pawłowski
[Epickie Opowieści] Labirynt – czyli jak wyłapać wszystkie pułapki
Marek "Gedeon" Bemke
Navarash
Napisz opinię